Piotr Knasiecki - Twórczość

Twórczość indywidualna oraz recenzje tekstów.

Moderators: Anonymous, jan, Moderatorzy

Fordor

Post by Fordor »

„Chesterfield”
Robota szła mu tego popołudnia jak sierp z dupy. W wolnym tłumaczeniu na potrzeby czytelników pozbawionych wyobraźni – szła mu dość opornie. Na dodatek jego kumpel, Mike, nie przyszedł do pracy. Wykpił się rzekomym zatruciem pokarmowym. Zadzwonił po dziesiątej i trochę zbyt szczegółowo opowiadał o wieczornym fishburgerze, zapitym litrem coli. Że niby nieświeży był, co przyszło mu do głowy dopiero gdy przełknął ostatniego kęsa.

-Gówno prawda! Nawet ktoś w tym stopniu pozbawiony smaku co ten jełop, wcześniej poznałby się na nieświeżej rybie! Ten dupek wolał po prostu spędzić popołudnie z puszką zimnego browaru, śledząc ligowe rozgrywki! – pomyślał pogrążając się jeszcze głębiej w bezsilnej złości.

Pozbierał narzędzia do skrzynki i ruszył w dalszą drogę podzwaniając pękiem kluczy. Właśnie te klucze były zmorą! Labirynt korytarzy rozciągający się w piwnicach grodziły dziesiątki, jeśli nie setki drzwi, każde z nich otwierał inny spośród bliźniaczo do siebie podobnych, zawieszonych na metalowym kółku. Dostawał białej gorączki ilekroć szukał tego właściwego, daremnie szarpiąc klamkę. Mimo iż Mike oznaczył je w sobie wiadomy sposób, Ed nie radził sobie z tą loterią. Może przez to, że ten idiota nie poradziłby sobie z czytelnym oznaczeniem własnego klucza do służbowej szatni? Pewnie tak…
Kolejny zamek jęknął dopiero przy piętnastej, jeśli nie dwudziestej próbie. Ciężkie, stalowe odrzwia uchyliły się nieco, a czujnik ruchu wykrył jego wtargnięcie i rozświetlił korytarz. Zimne światło jarzeniówek sprawiło że odruchowo zmrużył oczy. Zamknął za sobą drzwi i przekręcił klucz w zamku. Zupełnie jak pierdzielony klawisz, ale zgodnie z obowiązującą procedurą. Poczuł że wychodzi na kompletnego idiotę dbając o ten pieprzony regulamin, ułożony przez jakąś ofiarę pękniętego kondoma, przez jakiegoś pogiętego gryzipiórka rozpierającego się w fotelu kilka pięter wyżej. Siedzi taki w swoim (dzięki jego krwawicy) znakomicie klimatyzowanym biurze i w przerwach pomiędzy jedną a drugą kawą wymyśla debilne przepisy, komplikujące komuś życie. Bo niby po jakiego grzyba ma za sobą zamykać te pierdolone drzwi, ledwie znalazł się po drugiej stronie?! Co niby można by stąd zjuchcić? Chyba tylko te drzwi, które właśnie zamknął…
Postawił skrzynkę z narzędziami na posadzce, drabinę oparł o ścianę. Spojrzał w górę i uśmiechnął się ironicznie na widok czujników dymu, zdobiących sufit.

-Możecie mi naskoczyć! – mruknął.

Sfatygowana paczka Chesterfieldów, wyłowiona z kieszeni poplamionego olejem fartucha, była tym czego akurat szukał. Palił je jeszcze w Wietnamie i wierzył, że przynoszą mu szczęście. Te akurat, nie inne. Kolegów którzy palili Marlboro, Camele i Lucky Strike, nie ma już wśród żywych. Nawet niektórzy z tych, co zaciągali się marychą aż po same jaja… Nawet ich już nie ma. I żaden nie umarł na raka płuc lub krtani. Wszyscy odeszli na ostatnią wartę w strzępach, z których nie dało się poskładać niczego sensownego… Wiedział, jak okrutna jest śmierć sapera. Zawsze jednak, przed robotą, zapalał Chesterfielda, z coraz głębszą wiarą w to, że coś w tym musi być… W tym, że nadal jeszcze ma ręce i nogi.
Przysiadł na narzędziowym pudle i zapalił. Miał głęboko gdzieś czujniki zdobiące sufit.

-Nawet jeśli ta wypomadowana ciota ogląda mnie teraz na monitorze, tam na górze, też mam to w dupie!- pomyślał z wyraźną satysfakcją, jakby właśnie komuś przylał.

Dym snuł się pod sufitem i niczym pajęczyna oplatał ocynkowane kanały rozprowadzające powietrze po całym budynku. Co kilkanaście metrów widniały w nich inspekcje, które musiał skontrolować, w razie konieczności wymieniając filtry. W tym i w sąsiednim jeszcze korytarzu. Została mu jeszcze cała godzina, więc zdąży spokojnie spalić…
Zajął znów myśli tym niedorobionym kmiotem z administracji, wyobrażając sobie że jego żołądź mieści się w naparstku, gdy nagle jego spojrzenie przykuł detal, którego nie było tam jeszcze przed tygodniem. Kable. Cała wiązka kabli, gruba jak jego własne ramię (Ed wieczorami, zamiast popijać piwo dźwigał hantle, uwierzcie mi więc że była to cholernie gruba wiązka!). Pojawiała się mniej więcej w połowie korytarza, wyłaniając się z inspekcyjnej śluzy i ciągnęła się aż do następnych drzwi. A może jeszcze dalej?
Wstał. Przemierzał korytarz spokojnym krokiem (nie chciał przecież, żeby temu debilowi z góry, wpatrzonemu w monitor wydało się, że mu jakoś specjalnie zależy). Wielobarwna, niczym rodem z kalejdoskopu, wiązka przewodów otulona była popielatym, półprzejrzystym płaszczem z jakiegoś sztucznego tworzywa. Wydała mu się znajoma… Przyświecił latarką.
Jego zdumionym oczom ukazał się napis, powtarzający się cyklicznie. „US ARMY”.
Poszukiwanie kolejnego klucza nie trwało o dziwo zbyt długo. Do otworu zamka pasował już czwarty z kolei. Otworzył go i nie zakluczył go za sobą, gdy minął próg. Bateria latarki zaczynała słabnąć, przewody jednak były doskonale widoczne(właśnie-przewody, a nie kable! Za pierwszym razem pomyślał o kablach i teraz z całą surowością zganił się za to. Kable kładło się przecież pod ziemią, pod wodą, lub choćby i pod tynkiem! Nad głową miał zaś przewody, których nikt nie próbował nawet ukryć). Ich masywna wiązka skręciła nagle w boczny, techniczny korytarz i znikła nad masywnymi, stalowymi drzwiami, do których nie miał klucza. „Staff only”- głosiła tabliczka.
Wieczorem, gdy próbował zasnąć, nie umiał myśleć o niczym innym.
Nawet we śnie już miał wrażenie, że gdzieś to już widział…
Pierwszego Chesterfielda po przebudzeniu spalił na czczo, choć wiedział że to lekkomyślne.
Na dwudziestocalowym monitorze (ten piździelec z personalnego gapił się pewnie teraz w plazmę o dwa razy takiej przekątnej!) oglądał zdumiony płonące wieże WTC.
Gdy runęła pierwsza z nich (a właściwie – ta druga, zaatakowana później i poddana próbie ognia jakże krótkiej) sięgnął po słuchawkę telefonu. Skojarzenia rodziły się same. Sposób, w jaki pogrążyła się we własnych zgliszczach… jakby ktoś wcisnął czerwony przycisk na konsolecie. I kable… O w dupę jeża! Przewody!
Wykręcił numer biura. Po dziewiątym dzwonku odebrał jakiś mężczyzna, o nieznanym mu nazwisku. Smith chyba? Jakoś tak. Uspokajał go i kazał czekać. Mówił, że oddzwoni…
Gdy drugi z wieżowców składał się jak domek z kart ułożonych przez mistrza karcianych iluzjonistów, Ed z przerażeniem wpatrywał się w ekran. Kakofonia dźwięków towarzyszących obrazowi tragedii zagłuszyła skutecznie jęk protestu, z jakim zamek drzwi poddał się wytrychowi. Gdy na jego szyi zaciskała się hiszpańska garota , Ed miał pretensję tylko o jedno. O to, że morderca nie zapytał, czy może zechciałby jeszcze zapalić…?

P.K.
Fordor

Post by Fordor »

„Hot Chocolate”
Przedpołudnie było leniwe. Choć trattoria funkcjonowała już od prawie trzech godzin, Roberto nie sięgnął dotąd jeszcze po zatknięty za fartuchem skórzany portfel, by wydać komuś resztę. Nie zdradzę wam zbyt wielkiej tajemnicy, jeśli powiem, że najchętniej nie wydawałby jej wcale – jego widlasta ósemka pochłaniała galony benzyny w tempie, którego pozazdrościłby nawet miejscowy pijaczyna Billy. Odkąd Wuj George wdał się w irackie tarapaty, paliwo drożało z dnia na dzień i nie było temu widać końca. Przyjdzie chyba uznać, że czasy, gdy napiwki wystarczały na codzienne balangi trwające do rana, papierosy, kolorowe rozkładówki, nawet na butelkę Jacka Danielsa co sobotę, minęły bezpowrotnie. W ogóle cała ta dzielnica zeszła na psy! Klasa średnia (powie mi ktoś, co to jest za cholera? Ta średnia klasa? Czy ktoś w ogóle o niej słyszał?!) A więc klasa średnia, o ile kiedyś pomieszkiwała tutaj, przeniosła się gdzieś w okolice Piątej Alei, pozostawiając opustoszałe mieszkania takim jak on, potomek włoskich emigrantów. Ledwie wiązał teraz koniec z końcem! Chociaż okoliczne kamienice pokryło niewybredne graffiti, czynsz wcale nie zmalał. Co dwa tygodnie płacił za tę zatęchłą budę tyle, że starczyłoby na nowiutkie, tuningowane felgi do jego Mustanga, a prawdopodobnie nawet na opony do nich. Takie, jakie wypatrzył gdzieś za szybą, rozpłaszczając na niej nochal, jakby fasada sklepu z ogumieniem była witryną cukierni, a on małym Roberto w krótkich portkach, wiecznie zasmarkanym i śliniącym się na widok panettone. Hmmm... Pirelli Zero Rosso... Kiedyś w końcu sprawi je sobie i będzie palił gumę odjeżdżając stąd z piskiem po zamknięciu knajpy. Odjeżdżając tam, gdzie jeszcze nie ma mazgajów na ścianach i obwieszonych tombakiem latynosów.

-Rachunek? –

Facet pod oknem płacił tylko za poranną latte . Dwa pięćdziesiąt. Odliczone co do centa, to chyba jasne, nie?
Roberto, wcale tym nie zdziwiony, wprawnym ruchem dłoni zgarnął miedziaki ze stolika. Blat wykonany był ze świetnie wypolerowanej Białej Marianny i zgarnianie z niego bilonu przypominało sztuczkę ekwilibrysty. Miał już życzyć w duchu temu skąpcowi by wypita kawa nie pozwoliła mu tej nocy zasnąć, gdy napotkał jego spojrzenie. Niech to szlag! Facet nie spał już chyba od tygodnia!
Przekrwione białka rozbieganych oczu nasuwały skojarzenia rodem z taniego horroru.

-Widział pan to? Przeglądał pan już te gówniane gazety?! – mężczyzna po pięćdziesiątce prawie na niego nakrzyczał.

Dopiero teraz Roberto spostrzegł, że ze stojaka na prasę zniknęło wszystko. Pomięte, poskładane niedbale dzienniki piętrzyły się na pustym krześle obok, jakby to tam właśnie miały swoje miejsce.

- Świr. Trafił mi się kolejny popapraniec i to już z samego rana – pomyślał.

Wzmógł czujność. Postanowił że tym razem nie da z siebie zrobić popychadła jak przed bożym narodzeniem i wyniesie gnojka razem z drzwiami! Nie pozwoli by jakiś sfrustrowany onanista obrażał go w jego własnym lokalu. I to za jedyne dwa pięćdziesiąt.

-Ani kurwa słowa! Nawet wzmianki! A jak sekretarz obrony zmieni krawat, idzie to na pierwsze strony! Nic nie napisali! Powiedz pan, czy oni pozamieniali się na głowy z własnymi wackami?!

Zaczynało być ciekawie. Zlustrował amatora latte z odrobiną cykorii i z ulgą stwierdził, że jego ocena zaczyna ewoluować. Ten gostek miał niewątpliwie jakiś problem, nie był to jednak problem o podłożu psychicznym. I chyba obejdzie się bez wyciągania bejsbola spod barowej lady...Kilkudniowy zarost i przekrwione z braku snu oczy zasugerowały go chyba przedwcześnie. Na codzień mając do czynienia z prawdziwą menażerią ludzkich typów, na ogół klasyfikował swych gości dość precyzyjnie, z rzadka tylko będąc w tym celu zmuszonym do wdawania się z nimi w rozmowę; tu jednak wypróbowane instrumenty zawiodły. Spojrzenie upiornych oczu było nad wyraz przytomne i trzeźwe, a ubranie pochodziło z butików na Broadway’u, do których on sam nigdy nawet nie ośmielił się zajrzeć. Za cenę samej tylko marynarki sprawiłby sobie te wymarzone, niskoprofilowe opony, o których myślał cały ranek.
Rozmarzył się. Prawie poczuł w nozdrzach swąd palonej gumy.

-No przecież to się kurwa może dzisiaj zdarzyć!

Ocknął się błyskawicznie. Z czymkolwiek ma tu do czynienia, da sobie radę. To pewne.

-Wybaczy pan – zaczął z pozoru nieśmiało- co się może zdarzyć dzisiaj?

Spod mankietu koszuli (Dolce Gabbana, albo inny cazzo, warta pewnie z siedem stówek) błysnęła bransoleta złotego Rolexa. To zmieniało obraz rzeczy. Jego posiadacz albo tu zabłądził, albo szukał schronienia. Tacy jak on od dawna unikali tego kwartału ulic jak kot prysznica. I pewnie, gdy już się nieco uspokoi, przestanie kląć tak siarczyście. Rolexy odmierzały czas tak samo precyzyjnie, jak ich podróbki z Tajwanu, ich właściciele jednak nie przeklinali w co drugim słowie. Roberto w każdym razie tak ich sobie wyobrażał.

-Którego dzisiaj mamy? – spytał przeciwnik wręczania napiwków.
-Dwudziestego dziewiątego. A dlaczego pan pyta?
-A miesiąc, kurwa? Jaki mamy miesiąc?!

I pomyśleć, że jeszcze przed chwilą zaczął do niego odczuwać namiastkę sympatii.
Babcia Francesca prała go po pysku mokrą ścierką ilekroć nie przeżegnał się nad talerzem spaghetti.
A za każde brzydkie słowo klęczał pod ścianą na niełuskanym grochu.
Godzinę.
I musiał w tym czasie klepać jakiś pacierz.
A był już wtedy całkiem dużym chłopcem...

-Styczeń, proszę pana. Dwudziesty dziewiąty styczeń.

-No więc, kurwa, właśnie! A w żadnej z tych pierdolonych gazet nie wspominają nawet o tym! A ludzie? Czy oni mają naprawdę wszystkich w dupie?!

Przeszedł za bar i pociągnął za spust umieszczonego tuż pod młynkiem do kawy dozownika.
Po chwili wybrał najcięższy ubijak i zaczął prasować miarkę Illy w naparzaczu, jakby znęcał się nad swoim zaprzysięgłym wrogiem. Poczuł jak drobne krople potu występują mu na czole.
Ojciec, świeć Panie nad jego duszą, nauczył go parzyć kawę i tę sztukę Roberto opanował do perfekcji. Po chwili wąska strużka aromatycznego naparu pociekła leniwie do mikroskopijnej filiżanki. Trwało to pół wieczności, kawa jednak była perfekcyjna. Gdy podał ją bluźniącemu poganiaczowi mułów, wsypany do niej cukier długo utrzymywał się na spienionej powierzchni kremowego naparu, nim zatonął wreszcie.


-Dziękuję. Bardzo dziękuję. Chyba mi tego właśnie trzeba...
I proszę mi wybaczyć moje zachowanie. Jestem bardzo wzburzony.

-Trzeba być ślepcem, by tego nie zauważyć, proszę pana... – odparł uprzejmie.
Znów zaczynał lubić tego gościa na swój sposób.
W ogóle lubił ludzi artykułujących swoje emocje.
Nawet jeśli efekt bywał tak fatalny.

-Jestem profesorem astrofizyki. Ma pan pojęcie?

Roberto nie miał o tym pojęcia. Umiał za to znakomicie parzyć kawę. Póki co mu to wystarczało.

-W październiku dokonałem znaczącego odkrycia. I to był początek moich kłopotów, również finansowych.

Extra. Trafił się wreszcie jakiś barwny typ! Facet zdobi nadgarstek złotym Rolexem i przynudza , że dopadła go bieda. A on musi zapłacić kolejny czynsz. I to już pojutrze...

-Słyszał pan kiedykolwiek o NEO?

-No jasne! Nawet polubiłem tego kolesia!

-Nie. Nie chodzi mi o „Matrix” i żadnego z grających w tym filmie aktorów.
NEO to inaczej Near Earth Objects.
Obiekty Bliskie Ziemi.
Niebezpiecznie bliskie...

-Rozumiem. Tym się pan zajmuje?

-Owszem. Kataloguję nowe, wykreślam z rejestrów te, które nie pojawią się już nigdy i śledzę pozostałe. Moim narzędziem pracy jest potężny radioteleskop i jeszcze potężniejsze komputery. Spokojne zajęcie, idealne dla tych, którzy nie lubią użerać się w pracy z całą armią różnej maści psychopatów.

Roberto zrozumiał autoironiczną dygresję i uśmiechnął się kącikiem ust.
Musiał jednak przyznać, że przestał już odczuwać obawę.
Zastąpiła ją ciekawość, chwilami granicząca z zafrapowaniem.
Zrzucił na podłogę stertę gazet zaściełających wolne krzesło i usadowił się na nim.
Gdy miał niespełna dziesięć lat przeczytał książkę Juliusza Verne o podróży na srebrny glob i odtąd wszystko, co pozaziemskie, przez jakiś czas fascynowało go niezmiernie.
Nikt niestety nie wytłumaczył mu pojęcia Science Fiction, na czym ucierpiała babcia i jego stosunek do wpajanej mu przez nią religijności. Wizja Nieba z przeczytanej książki zbyt mocno odbiegała od tej babcinej
Choć wkrótce potem pojął, że odmalowana przez pisarza koncepcja kosmosu jest wykraczającą poza ówczesną wiedzę fikcją, a nie wspomnieniem z podróży, nigdy już nie zbliżył się do tej starej, dobrodusznej kobiety na powrót (w sensie emocjonalnym). Jakby to ona oszukała go, nie zaś dziewiętnastowieczny pisarz... Nie czekała na to niestety. Zgasła.

-Czy jest ich sporo? – spytał, wcale nie przez grzeczność.
Temat zaintrygował go i chociaż nie miał jeszcze całej kwoty czynszu, chwalił sobie że nikt akurat teraz nie zapragnął nowej porcji tirami su.

-O tak! Całkiem sporo i dotąd cieszyło mnie to bardzo. Wyglądało na to, że nieprędko zabraknie mi na chleb! – odparł spytany, w chwilę po tym, jak podniósł do ust filiżankę z aromatycznym espresso.

Jego oczy nagle pojaśniały.
Porządnie przyrządzona kawa naprawdę czyni cuda!
Na szczęście nie przywraca do życia umarłych.
Nie bez ubawu Roberto wyobraził sobie jak przy jego marmurowym barze, na wysokich barowych stołkach kołyszą się sączący cappuccino zombie.

-Wiele tam zwyczajnych śmieci, które obserwujemy nie w trosce o losy naszej cywilizacji, lecz z myślą o planowaniu orbit satelitów telekomunikacyjnych. I, oczywiście, wojskowych.
To cholernie drogie zabawki...

-A co zagraża Ziemi?

-Ziemi zagraża rachunek prawdopodobieństwa. Wielkie Wymieranie zdarzyło się już w jej historii kilkakrotnie, nikt nie obiecywał że się nie powtórzy.
Nie obawiamy się jednak tak naprawdę kolosów tej wielkości, co sprawca zagłady wielkich gadów. Sen z oczu spędzają nam drobiazgi, które jak dotąd umknęły naszej uwadze.

-Pańskie październikowe odkrycie to taki właśnie okruch?

-W skali kosmicznej – tak. Jednak kolizja z bryłą o średnicy 1/3 mili mogłaby zmieść pod dywan cały ten pieprzony stan!

-Dlaczego przypisuje mu pan swoje tarapaty finansowe? Myślałem, że na odkrywcę czeka raczej premia, niż ubóstwo...

-Żartuje pan? Straciłem prawie wszystko! Nie śledzi pan sytuacji na giełdach? Oszczędności całego mojego życia poszły się pieprzyć! W ciągu niespełna tygodnia!

-Przepraszam, ale co ten kawałek skały może mieć wspólnego z NASDAQ?!

-Aż za wiele, mój synu. Garstka cwaniaków upiekła niezłą pieczeń. Ci naprawdę wielcy, idąc za ich wskazówkami, wyprzedali kluczowe pakiety akcji, zamieniając obligacje na kruszec. Ma pan pojęcie jaka jest dzisiaj cena uncji złota?
A papiery wartościowe wzięły w łeb. Mam je sprzedać teraz, gdy warte są jedną czwartą?
To dorobek trzech pokoleń!

-Nadal nie pojmuję...

-Zabrali mi tę sprawę. Pozwolili zajmować się setką innych, ale tę mi zabrali. Przyjechali czarnymi Lincolnami w czarnych garniturach, zupełnie jak wyjęci z tego pańskiego filmu!
Niech pies ich wszystkich trąca!

-Dlaczego?

-To było w połowie stycznia. Nasze maleństwo, nazwijmy je 2007 TU24 od daty odkrycia, miało drobna kolizję z innym kosmicznym śmieciem. Nie ucierpiało, ale zaczęło zachowywać się w sposób odbiegający od przewidywań i obliczeń. Również moich.

-To znaczy?

-Zmieniło trajektorię. Miało minąć Ziemię w odległości 1,4 dystansu dzielącego ją od jej księżyca. Dzisiaj.

-A po zmianie kursu?

-Nie wiem. Zabrali mi tę sprawę, już mówiłem.
A te pierdolone gazety aż do dzisiaj milczą!

-Niech się pan uspokoi. Niepotrzebnie kojarzy pan krach na giełdzie z tym kawałkiem żużla...

Roberto wyjrzał przez taflę okiennego szkła. Dostrzegł jak kulawy Enzo ze sklepu z owocami morza kuśtyka przez wymalowaną na asfalcie zebrę. Jak codzień o tej porze wtoczy tu za chwilę swoje wielkie cielsko, ledwie mieszcząc je w dwuskrzydłowych drzwiach.
Enzo uwielbiał, gdy na jego ulubionym miejscu czekała na niego filiżanka gorącej czekolady i poranne wydanie New York Times’a.
Roberto znał upodobania swoich gości, dzięki czemu ciągle jakoś radził sobie z czynszem.
Przerwał więc rozmowę i przecisnął się za bar.
W wysokim rondlu z nierdzewnej stali zaczął spieniać świeże, pełnotłuste mleko.
Szczodrym gestem dosypał jeszcze trochę czekoladowych wiórków.
I jeszcze trochę, po chwili.
Miała to być najlepsza czekolada jaką w swoim życiu wypił ten pocieszny, niemiłosiernie otłuszczony kuternoga.
Miała być też zarazem ostatnią.
Piotr Knasiecki
Fordor

Post by Fordor »

"Katecheza"

-Tato?
-Tak?
Niby że pełen jestem uwagi i skupienia nad tym, co chce mi powiedzieć.
Jakbym przeczuwał, że tym razem będzie to coś nad wyraz istotnego.
Gówno prawda.
Zanurzam nos w szpaltach „Wyborczej”.
Zapach świeżej jeszcze, drukarskiej farby świdruje nozdrza, niczym woń końskiego łajna.
Czemu końskiego akurat?
Jeździ przecież konno.
Minimum trzy godziny dziennie spędza w siodle, jeśli podczepić pod to można czyszczenie końskich kopyt, szczotkowanie gniadej sierści, lonżę i pielęgnację prawego oka (ubytek dolnej powieki może być równie dobrze pochodną przebytego stanu zapalnego, jak i śladem po chirurgicznej interwencji). W ogóle jej nie słucham. Macie tak niekiedy? Zdarza się wam, że nie słuchacie z należną jej uwagą najważniejszej dla was na tym świecie osoby, na dodatek właśnie wtedy, gdy próbuje zakomunikować wam coś nad wyraz istotnego?
Ja mam tak teraz właśnie.
Czytam o tym, jak to Palikot zakwestionował seksualne upodobania Kaczyńskiego.
Nie wiem tylko o którego Kaczyńskiego chodzi.
Mylą mi się uparcie. Obaj.

-Tato? Słuchasz mnie?
-Tak, córcia. Cóż więc znowu?

Niby dlaczego – znowu?
Przecież to tak rzadkie, że aż egzotyczne.
Moje dziecko (Bóg chciał, że jedyne, o ile czegoś po drodze nie posiałem) chce mi coś zakomunikować.
Coś ważnego na tyle, że siada naprzeciw mnie po turecku i najwyraźniej zniesmaczone jest uwagą, jaką poświęcam lokalnemu dodatkowi do ogólnopolskiego dziennika.
Czytany właśnie przeze mnie artykuł chwali organizacyjne umiejętności miejskich włodarzy.
Chodzi o grudniową Konferencję Klimatyczną.
Autor musi być kosmitą, który dopiero przed chwilą wylądował.
Pieje z zachwytu jakby ktoś ściskał mu jaja w żeliwnym imadle.
Że niby rewelacja, same plusy, promocja miasta i regionu, rekordowa oglądalność koziołków na ratuszowej wieży, pełen profesjonalizm i same jedynie korzyści.
Dupa blada.
Wylądował najdalej wczoraj, skoro nie widział wyludnionych ulic, pustych pubów i knajp, sklepów i sklepików, do których przez dwa tygodnie nikt prawie nie zajrzał.
Ponad sześćdziesiąt tysięcy studentów posłano do domów, by zwolnić miejsca w akademikach (ktoś uznał, że baza noclegowa nie udźwignie ciężaru, gdyż hoteli mamy zbyt mało, a przyjezdnych będą nieprzebrane tłumy).
Razem ze studentami poszła się pieprzyć kasa, którą owi regularnie zasilają portfele barmanów, kelnerów, sklepikarzy, straganiarzy i całej tej kupieckiej menażerii.
A teraz czytam, jaka to rewelacja.
Jasne. Zarobili ci, którzy mieli zarobić.
I nie pytajcie o detal. Nie wskażę palcem. Chcę jeszcze trochę pożyć w tym zatęchłym grajdole. Że Wrocław dawno nas już wyprzedził – wiem. Przeczytałem w tej samej gazecie.
-Tata?!
No tak. Pierdolić koziołki na ratuszowej wieży. Dziecko do mnie mówi przecież.
Coraz bardziej zniecierpliwione na dodatek. Dziecko? Kobieta prawie. Śliczna przy tym…
Macie jakieś, choćby blade, pojęcie na temat zniecierpliwionych do ostateczności niewiast?
Nie?
Ja też nie miałem.
Na szczęście w ostatniej chwili odezwał się instynkt samozachowawczy, odziedziczony po przodkach. Męskich chyba.
Odkładam dziennik.
Patrzę jej prosto w oczy, by już nie miała najmniejszych nawet wątpliwości, że słucham.
Ta cholera ma moje oczy!
Przysięgam!

-Tata, ja nie chcę chodzić na religię. I nie będę. Choćbyś mnie końmi włóczył.

Konie. Dzikie, stepowe, ze zmierzwionymi grzywami, i te ujeżdżone, dające nogi przy czyszczeniu kopyt, którym prócz gniecionego owsa podaje się witaminy i elektrolity.
Pudzian nie łyka pewnie bardziej kosztownych suplementów.
Konie. Treść jej życia i snów. I ziejący czarną dziurą deficyt w moim budżecie.
Czuję jak napięcie opada.
Gdybyście spytali wprost – czego się obawiałem, przyznałbym się że chłopaka. Kolejnego.
Albo i kilku naraz.
Kręcił się koło niej jeden latem. Przejmowałem się strasznie. Mieszka opodal, starszy o cztery lata (dlaczego zdrowych, prawidłowo rozwiniętych dwudziestolatków nie wciela się już przymusowo do armii, by uczynić ich mężczyznami?! I, by nauczyć ich strzelania do celu, strugania ziemniaków i innych, pożytecznych i przydatnych w życiu umiejętności?!).
Spędzał sen z moich powiek, jak najznakomitsze z opowiadań Stephena Kinga.
Sukinkot, drobny i niepozorny, obdarzony był doprawdy rzadkim talentem.
Potrafił oto nie tylko usypiać moją czujność, ale i stopniowo zdobywać moje zaufanie.
Niczym do tego nie zmuszany przyznam szczerze, że prawie go zaakceptowałem!
To byłaby dopiero heca, nie?
No ale dość już o nim.
Przeminął jak poranna mgła.
Nawet nie zasłużył na to, by dołączyć do grona znanych mi wałachów.
Mam taką nadzieję, że nie zasłużył. Mieszka przecież opodal… Gdyby co, to…
No, wiecie przecież. Podwinę rękawy, jeśli trzeba. Biada mu wtedy!
Chodzi więc o katechetę.
Co z nim?

-Tak? Co z twoim katechetą? Coś nie tak? Pedał może?

Nie, nie macie racji! Przypisując mi brak tolerancji dla wszelkiej maści odmieńców, błądzicie.
Nie mam im nic naprzeciw.
Prawie nic.
Złapany powyżej kolana przez jednego z tych gości o miękkich, wiecznie spoconych łapskach, oderwałbym mu wprawdzie głowę od tułowia wraz z płucami, nie znaczy to jednak, że mam jakieś uprzedzenie!
Zatrudniam przecież kilku nawet.
Jeśli wziąć pod uwagę bezlitosne statystyki ujmujące sprawę w widełki procentów, zatrudniam ich kilkunastu pewnie. Wliczając tych z większym talentem do kamuflażu.

-Nie. Nie pedał. A raczej – chyba nie. Ale kolo jest coś nie teges.

No i masz babo sznekę z glancem! Nie teges. Facet do odstrzału w takim razie!
Wyobraziłem sobie że naoliwioną szmatką przecieram czarną, oksydowaną stal swojego „Smith & Wesson”.
Zawsze jest nas trzech.
Smith, Wesson i ja.
Tylko czy taki kaliber wystarczy?
Bo jeśli to pedofil?
Nie, w takim razie nie powinienem strzelać!
Należałoby go marynować z ziołami, czosnkiem i drobno rozkruszonym chili.
Przez jakiś tydzień, by go należycie zmacerować.
A potem grillować albo przypiekać na obracanym rożnie nad węglowym paleniskiem.
I podlewać winem albo piwem.
Nie! Dla pedofila szkoda piwa!
Bez podlewania.
Niech bardziej jeszcze cierpi!

-Tata? On na pierwszej już lekcji pytał o nasze preferencje.

Skurwiel jeden! Jednak się nie myliłem! Stary pierdziel marszczy wieczorami freda, a za dnia wielki z niego wychowawca młodzieży! Oj nakopię mu do dupy. Dorwę go tylko!

-Nie! Nie w ten deseń! – świeżo upieczona licealistka spojrzała w porę na moje chmurne oblicze i właściwie odczytała moje podejrzenia.
-Nie pytał o te klocki! Chodziło mu o gusła.

-Gusła?! – zdębiałem.
Jeszcze przed chwilą miałem i nadzieję i niezbitą pewność, że księżulo, czy też może wyrzucony na zbity pysk z seminarium kleryk, nie zaskoczy mnie już niczym.
Że najzwyczajniej w świecie nie jest w stanie.
A tu się okazuje że koleś praktykuje woo-doo!

-Jakie gusła, córcia?!
-Noooo… ściemniał coś już od dzwonka. Kluczył jak wilk przed obławą. A potem wprost pojechał!
-?!
-Spytał, czy oglądamy tę szatańską telewizję TVN…

Zwiesiłem głowę.
Gdybym w linii przodków mógł się doszukać żyrafy, pewnie oparłbym czoło o kolana.
Albo nawet ukrył pomiędzy nimi skołataną głowę.

-Córcia? To może buddyzm? Co sądzisz o Dalajlamie?

Piotr Knasiecki
Fordor

Post by Fordor »

"Siła tęsknoty"

Powiedz jak można tęsknić bardziej jeszcze?
Może jak więzień patrząc na otwartą przestrzeń
Ze spacernika
Lub też jak stepy za zbawiennym deszczem
Spękane i jałowe
Tak tęsknię za chwilami w których mnie przenikasz
Słowem

Piotr Knasiecki
Fordor

Post by Fordor »

"Obietnica zbawienia"

Jednym dotknięciem to potrafisz sprawić
Gaśnie niepokój jak zdmuchnięta świeca
Co tylko zechcesz mogę Ci obiecać
Jeśli mnie za to swym dotykiem zbawisz

Piotr Knasiecki
Fordor

Post by Fordor »

"Czekając"

Łaskiśpełna niewiasto której próżno czekam
Noc nade mną gwiazdozbiór Syriusza rozpina
Nie wiem skądś mi się wzięłaś zapewne z daleka
Błogosławiony skutek nieznana przyczyna

Piotr Knasiecki
Fordor

Post by Fordor »

"Pierniczki"

Zgrzebna torebka z szarego papieru
Wewnątrz pierniczki wycięte w kształt serca
W swojej intencji dziecinnie tak szczere
Że wzruszyłby się nawet innowierca

Małe ciasteczka tak cenne z natury
Niczym noszony na sercu szkaplerzyk
W każdym sentencję na skrawku tektury
Kryje zazdrośnie z piernika pancerzyk

Serduszka kuszą wyjęte z szuflady
I próżno szukać w nich śladu zakalca
A zamiast lukru czy innej pomady
Na każdym odcisk serdecznego palca

Na pierwsze z ciastek rzuciłem się głodny
Nad biedną duszą tak pastwią się biesy
A że poeta gdy głodny bezpłodny
Cytat pożarłem też z Matki Teresy

Drobne pierniczki w świątecznej intencji
Pełne mądrości spisanej Arialem
Sycą jak modły z papieskich audiencji
Choć celulozy nie trawimy wcale.

Piotr Knasiecki, XII 2009
Fordor

Post by Fordor »

"Noc w pałacu w Krześlicach"

Noc samotnie w pałacu przyszło mi dziś spędzić
Wynajętym jesienią by w nim dom weselny
Od wiosny tętnił życiem; pan młody nie szczędzi
Nadzieję więc wciąż żywię że plan mój subtelny

Pozwoli nabić kiesę gdy stopnieją śniegi
A pałacowy ogród obsypie się kwieciem
Ja dobrą kuchnię mając i przednie noclegi
Sprawię że lepszych nigdzie indziej nie znajdziecie

Póki co jednak zima; od świata odcięty
Dokładam mokrych polan do ognia w kominku
Ogień skwierczy przygasa i jak Dżinn zaklęty
Na dnie szklanki w kolejnym pojawia się drinku

Sala tonie w półmroku utkanym przez zamieć
W blasku ognia detale gzymsów i ościeży
Śledzę; widzę też płótno na prostym blejtramie
Odkryte w zakamarkach pałacowej wieży

Rękawem ścieram kurzu wiekowe pokłady
Kryjące farb fakturę jak makijaż tani
I zbrojny w stary binokl dobyty z szuflady
Zgłębiam zamysł artysty co zmarł przed wiekami

Płótno w bieli skąpane; śnieg wszędzie zalega
Domyślam się że przykrył również polną drogę
Której zarys dostrzegam lecz kędy przebiega
Spytany ledwie tylko domyślać się mogę

W scenerii tej zimowej jak spod pędzla mistrza
Spowijającej bezkres bezludnych pejzaży
Dość byłoby coś szepnąć by brzmiało jak wystrzał
Lecz oko wykol rysów nie rozpoznasz twarzy

Przez chwilę mignął kontur spienionego pyska
W zadymce ślepną konie choć brną naprzód dzielne
I śnieg spod kopyt nadal fontannami tryska
Woźnicy w oczy śnieżnym zaciągnięte bielmem

Ten zaś do batożenia siwego jest skory
I nie wie że uderza wysoko nad zadem
Świst bata ledwie głuszy ujadanie sfory
Wilków co sań od dawna podążały śladem

I nagle przeraźliwe rżenie słychać wokół
A gniadosz staje dęba przełamując dyszel
Śnieg spływa wnętrznościami z rozprutego boku
Przygasł ogień; ja w błogą zanurzam się ciszę

Zerwałem się z kozetki o świcie skostniały
Wybiegłem na dwór myśli zwierając szeregi
Pałacowy dziedziniec tonął w śniegu cały
I tylko wilczych śladów zdobiły go ściegi

Piotr Knasiecki, 17.01.2010
Fordor

Post by Fordor »

"Kurhan"
Zamiast po prostu go zaniechać
Gotowa byłaś za nim gonić
Koleją cały tydzień jechać
By dłoń jej ujrzeć w jego dłoni

Nad ranem tuż przed przebudzeniem
Gdy śnię o siódmym świata cudzie
Ty zamiast bawić się marzeniem
Dłoń jego widzisz na jej udzie

A przecież oko twoje złowi
Słoneczny blask w tej smudze cienia
Na przekór wszystkim wbrew losowi
Mimo werdyktów przeznaczenia

Więc spróbuj się otrząsnąć z żalu
I myśli tęsknej w stepy nie ślij
Gdy wiatr przynosi zza Uralu
Strzępy znajomo brzmiącej pieśni

Piotr Knasiecki, 3.05.2010
Fordor

Post by Fordor »

"O obrotach"

Już od pierwszego dnia Stworzenia
Wszystko się kręci wokół siebie
Kurz w tkniętej blaskiem smudze cienia
I gwiazdy na sklepionym niebie

Wiruje każdy stan skupienia
W ziarnach atomów ciągły obrót
Od totalnego zakręcenia
Chciałby ucieczkę znaleźć człowiek
Lecz nie da rady gdyż na powrót
Od rana kręci mu się w głowie

Wiruje wszechświat od niechcenia
Kręci się biznes gdyś obrotny
Czasem zastygam ze zdumienia
Gdy w skroniach dudni puls dwukrotny
Że Pan Bóg oparł plan zbawienia
Na ruchach posuwisto-zwrotnych…

Piotr Knasiecki
Fordor

Post by Fordor »

"Soplicowo"

Wiosna zapowiadała swe nadejście tego roku wcześniej, niż należało się spodziewać. Budzące trwogę odgłosy pękającej kry już od kilku dni nie pozwalały zasnąć wcześniej, jak przed drugą w nocy. Brzmiały jak relacja na żywo z pola walki, toczonej przez mitycznych cyklopów. Potęga natury znajdowała upust w kruszeniu kilkusettonowych połaci lodowego pola i czyniła to z tą samą łatwością, z jaką łamiemy wigilijny opłatek, składając życzenia najbliższym. To porównanie zrodziło się przed chwilą w mojej głowie; Sven nie miał nikogo bliskiego, z kim mógłby przełamać opłatek, podobne skojarzenie było więc raczej tym, na co nie mógł się zdobyć. Wszystko to tłumaczyło zresztą po części miejsce na ziemi, jakie sobie obrał i całą tę zafajdaną robotę, którą się trudnił każdego prawie dnia, nie wyłączając niedziel. W niedzielę słychać było niekiedy dzwony na kościelnej wieży w sąsiedniej wiosce, nie ciągnęło go tam jednak. Można tam było spotkać nielicznych wiernych, na dobrą sprawę zupełnie mu podobnych, nie było to jednak tym, za czym nadmiernie tęsknił. Wolał poświęcić niedzielne popołudnie na mozolną reperację uszkodzonych sieci, smołowanie spękanej skorupy rybackiego kutra, albo wiercenie przerębli, w których instalował wymyślne przynęty. Złowione na nie ryby oddawał hurtem szczeniakowi z pobliskiej przystani, za przysłowiową czapkę śliwek. Gdyby spróbował sam spieniężyć je na targu, uzyskałby z pewnością kilkakrotnie więcej, wymagałoby to jednak poświęcenia kilku cennych godzin, z tym zaś pogodzić by się nie mógł. Zawieszał więc na hakach nieoskórowane filety z dorsza, lub ociekające krwią skrawki wieprzowej wątroby, po czym wracał tam pod wieczór, by zebrać mizerny połów. Gówniarz zostawiał mu za niego tyle akurat, by starczało na tytoń i bibułki, czasem zaś i na butelkę podłego, pędzonego przez tubylców bimbru. Sven odmóżdżał się nim potem, mieszając bulgoczącą zawartość kociołka z gorącym lepikiem. Gorzałka była naprawdę paskudna i Sven dziwił się samemu sobie, że jest w stanie przełknąć kolejną szklaneczkę; gdyby wlał miarkę do pełnego żłobu, koń z pewnością zrezygnowałby z wieczornego owsa. Podobnie było i dzisiaj. Wlewał w siebie bezwiednie zawartość butelki, choć smakowała jak płyn do chłodnic (a może była nim faktycznie?) i czekał, aż lepik nabierze pożądanej konsystencji. Rybacki kuter, drzemiący na drewnianych kozłach i czekający na kolejny zabieg, pamiętał lepsze czasy. Jak spracowane dłonie miejscowych rybaków, spękane klepki poszycia nosiły na sobie mnóstwo śladów. Gdyby nie kolejna warstwa smoły, którą Sven miał zamiar je za chwilę pokryć, mogłyby nie doczekać jesieni. Martwiło go szczególnie głębokie otarcie na lewej burcie; wgniecenie było naprawdę solidne i musiał zdecydować, czy wymieni uszkodzone elementy, czy też da sobie spokój i jedynie zakonserwuje je grubszą warstwą gorącej smoły. Im mniej palącej nalewki przykrywało dno butelki, tym bliższy był wyboru drugiej, mniej męczącej opcji. Zestawił kociołek z ogniska i zamieszał aż do dna szerokim, wysłużonym pędzlem. Po chwili przyjrzał mu się z krytyczną uwagą, marszcząc brwi, po czym rzucił go na stos żarzących się polan. Buchnął ogień tak żywy, jakby podsyciła go zawartość niedopitej szklanki paskudnej, miejscowej mikstury.

-Sven Hedlund? - głos mężczyzny brzmiał jak dobiegający z zaświatów.
Nie powinno go to dziwić, skoro w zaświatach leżała dla niego nie tylko Mgławica Andromedy, ale i najbliższa wieś, z widoczną stąd drewnianą wieżycą kościoła, do którego nie uczęszczał. Wszystko, co nie mieściło się w zataczanym wzrokiem kręgu, było mu zupełnie przecież obce, a przez to obojętne, jeśli nawet nie wrogie.
Kimkolwiek okaże się za chwilę przybysz, już teraz był niepożądanym gościem.

-Tak. A o co chodzi? - odpowiedział w sposób, który nie pozostawiał złudzeń co do jego niechęci. Ktoś powitany tak wylewnie, powinien załatwić sprawę, z którą przyszedł i jak najprędzej wracać, skąd przychodził. Smoła zaczynała stygnąć...

-Przesyłka. Polecona - przybysz okazał się doręczycielem poczty, co nie czyniło go
wcale mniej egzotycznym. Gospodarz nie spodziewał się korespondencji, gdyż, jak sądził, nie miałby jej kto wysłać. Rachunki za energię i olej opałowy opłacał za niego właściciel sklepu po drugiej stronie kanału; zainteresowane tym instytucje wysyłały je na jego adres, sklepikarz zaś doliczał mu ich wartość przy okazji kolejnych zakupów. Nie powinno to nikogo dziwić, skoro był również właścicielem tej chylącej się ku upadkowi, rybackiej chaty i skrawka nabrzeża. List? Sven nie umiał sobie przypomnieć, kiedy otrzymał ostatni. W każdym razie ziemię porastały wtedy jeszcze wielkie paprocie i gigantyczne skrzypy, a z termalnych źródeł buchały kłęby pary wodnej i siarkowodoru. Ściskał teraz w dłoniach szarą kopertę i wyglądał jak ktoś, kto ujrzał ducha. Duchy, z tego, co słyszał, były jednak na ogół niewyraźne i rozmyte; podbródek listonosza zaś rysował się wyjątkowo ostro. Na dodatek pokrywał go trzydniowy zarost.
-Musi pan pokwitować. Tutaj - dłoń w futrzanej, jednopalczastej rękawicy, wskazywała miejsce na samokopiującym formularzu. W drugiej listonosz dzierżył długopis. Tusz zgęstniał na tężejącym mrozie i podpis zajął dłuższą chwilę.
-Dziękuję. I do zobaczenia! - doręczyciel słusznie nie spodziewał się herbaty z rumem.
Odwrócił się na pięcie i podreptał w gęstniejący już półmrok.

Koperta była, jak wspomniałem już, z szarego papieru. Nosiła ślady długiej drogi, którą przebyła od momentu nadania przesyłki. Upstrzona znaczkami pocztowymi i kolekcją pocztowych stempli, mogłaby stać się łakomym kąskiem dla filatelisty. Na jej rewersie widniała nadwyrężona, ale wciąż chroniąca jej zawartość, lakowa pieczęć. Nie widniało tam za to nazwisko nadawcy. Sven spojrzał z żalem na wiadro zgęstniałej smoły i dogasający ogień, po czym skierował się w stronę chaty, wciąż nie mając w sobie tyle odwagi, ile jej było trzeba, by złamać lakowy odlew. Zrobił to dopiero wewnątrz, gdy już pozbył się wierzchniego odzienia i postawił przy kominku buty. Spodziewał się najprędzej druku, wysłanego przez jakiś urząd, czy instytucję, z tym większym więc zdumieniem rozpostarł sfatygowaną kartkę papieru, pokrytą starannym, odręcznym pismem. Zapadł się w objęcia fotela na biegunach i czytał w skupieniu, mimo jego głośnych skrzypnięć. Za drzwiami rozpętała się w tym czasie ostatnia już chyba, przedwiosenna zamieć.
Zdumiewała staranność, z jaką autor listu prowadził pióro. Tak! List pisany był piórem. Niewykluczone, że piszący maczał stalówkę w kałamarzu; świadczyć o tym mogły drobne plamki atramentu, którymi list był usiany. Brak wprawy dotyczył jednak jedynie posługiwania się archaicznym narzędziem, reszta była perfekcyjna. W każdym razie krój pisma nosił wszelkie znamiona starej, dobrej szkoły, a poszczególne litery wycyzelowane były tak perfekcyjnie, jakby piszący zdawał w tym liście egzamin z kaligrafii.

Drogi Svenie! Stockholm 21.02.2004
Piszę do Ciebie, choć najmniej się tego spodziewasz. Jak sądzę, fakt mojego istnienia
i łączącej nas więzi pozostawał Ci dotąd nieznanym. Wspominając Twojego ojca nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się prawdą, że nad nieświadomością swoją nie uroniłeś jednej nawet łzy i niewiele byś poświęcił, by z nią zerwać. Nie twierdzę bynajmniej, iżby ojciec Twój był zimnym, wyrachowanym sukinsynem, prawdą jest jednak, że latami nie utrzymywaliśmy ze sobą kontaktu, mimo iż wydała nas na świat ta sama kobieta. Próbowałem to zmienić nie jeden raz, Bóg mi świadkiem na niebie. Ostatnia próba miała miejsce na tydzień przed tym, jak w pożarze platformy wiertniczej przeobraził się w garść popiołów, które pochwyciła słona bryza. Na tydzień przed tą tragedią telefonowałem do niego w nadziei, że zgodzi się na spotkanie ze mną. Zbył mnie jakąś, rzekomo istotną, moim jednak zdaniem nieistniejącą przeszkodą. Odkąd matka Twoja, wydając Ciebie na ten świat, sama przeniosła się na tamten, ojciec Twój, Ingvar Hedlund, mistrz wiertniczy, do reszty zdziwaczał. Popadł w rodzaj społecznej katatonii, do tego stopnia głębokiej, iż nie wziął najmniejszego udziału w przygotowaniach pochówku, a na samym pogrzebie widziano go bodaj przez chwilę. Pamiętać tego nie możesz; liczny zespół lekarzy walczył wtedy właśnie o utrzymanie przy życiu wątłego wcześniaka, któremu pępowina owinęła się wokół szyi, doprowadzając niemal do martwicy. Wielu z nich podawało Cię potem za przykład tego, że nie ma rzeczy niemożliwych. Tak oto Twój własny pochówek nie doszedł do skutku, a nie muszę Ci podpowiadać, że byłby nader skromny i nie zgromadziłby tłumów. Ojcu Twojemu nie sprawiło to, na dobrą sprawę, najmniejszej różnicy; zachowywał się tak, jakbyś nigdy nie istniał. Po pogrzebie małżonki zaś nawet nie pojawił się w klinice, w której spędziłeś pierwsze trzy miesiące życia. Dwa z nich przepił z kretesem, niemalże tracąc przez to pracę. W trzecim wyprostował się na tyle akurat, by się jej oddać bez reszty, co trwało dwa miesiące raptem; nagła erupcja gazu spowodowała wybuch wtedy właśnie, gdy pakował manatki po dwutygodniowej zmianie, czekając na mający go zabrać śmigłowiec. Czy zjawiłby się po swego syna, zapytasz? Udam, że nie słyszałem pytania. Myślę bowiem, że w jakiś pokrętny sposób obwinił Cię bez reszty o śmierć Anny, przekreślając Twoje istnienie już w chwili, w której gasła. Sądzę też, że gdyby Bóg oszczędził mu nagłej i przedwczesnej śmierci, on sam nie oszczędziłby Tobie losu, jaki Cię później spotkał. Być może byłby to inny sierociniec niż ten, który pamiętasz, być może paczka pod choinką byłaby obfitsza, a na Twoją edukację łożyłby regularnie tajemniczy sponsor, nie zmieniłoby to jednak niczego tak naprawdę. Tak, czy inaczej, życie Twoje potoczyło się znaną Tobie drogą, a we mnie przez tych trzydzieści lat narastał wyrzut sumienia, że na to pozwoliłem. Mam go aż do dzisiaj, uwierz mi, nie daje mi spokojnie zasnąć. Od pewnego czasu dojrzewało we mnie pewne postanowienie, owocem którego jest ten list (oby do Ciebie dotarł). Długo zbierałem słowa, by móc go napisać. Nie ma zresztą pewnie takich słów, które uczyniłyby rzecz całą mniej trudną. Od minionej jesieni już wiem, gdzie osiadłeś i czym się trudnisz... Wiem znacznie więcej, by nie powiedzieć: prawie wszystko. Odnalezienie Ciebie kosztowało mnie mnóstwo czasu i środków, było jednak możliwe. Zależeć może już teraz jedynie od Ciebie, czy się na coś przyda. Nie podaję Ci numeru swego telefonu wiedząc, że nie zadzwonisz. O czym zresztą mielibyśmy rozmawiać przez telefon? O połowach dorsza? Właśnie. Podaję Ci swój adres w nadziei, że całą rzecz przemyślisz i odwiedzisz swego wuja, zanim ten uda się na wieczną wachtę. Szczerze Tobie oddany
Rolf Hedlund

Skończył czytać. Przebiegł jeszcze wzrokiem po kolumnach starannie wykaligrafowanego tekstu i odłożył kartkę na stół. Zdał sobie nagle sprawę z tego, że ledwie zdołał pohamować potrzebę rzucenia jej w czeluść dogasającego już kominka.

*****
Minęły dwa miesiące. Kra spłynęła do morza, a brzegi wysepek zazieleniły się soczyście.
Dobiegł też końca remont krypy, mającej przynieść Svenowi kromkę uczciwego chleba. Zwodował ją i przeniósł pod jej pokład większość skromnego dobytku. Gdy już wypływał w morze, niekoniecznie traktował swoją chatę jak przystań, do której powraca się przed nastaniem nocy. Niekiedy cumował w zupełnie sobie nieznanych miejscach i spędzał noc
w bezludnej dziczy, zasypiając przy ogniu; innym zaś razem zostawiał kuter w którymś
z rybackich portów i szukał sobie zacisznego miejsca, gdzieś blisko kuchni w rybackiej tawernie. Jeśli nie wypraszano z niej gości przed nastaniem świtu, można tam było i posilić się, i napić, wreszcie również przysnąć. Snu nie potrzebował wiele. Wystarczało mu kilka następujących po sobie, chrapliwych drzemek, których nikt pozostający przy zdrowych zmysłach nie nazwałby snem. Wplatał pomiędzy nie kolejne dzbany lokalnego piwa, jak wytrawny scenarzysta kolejne epizody umieszcza pośród scen pozbawionych napięcia. Nad ranem mył się gdzieś, na ogół w zimnej wodzie, po czym wypływał sprawdzić zastawione sieci. W zależności od obfitości połowu, wracał potem na kilka dni do swej rybackiej stanicy, lub zarzucał sieci ponownie, by spróbować taniego piwa w innym barze. Tak było i tym razem. Po pierwszym dniu wybrał się aż pod Sundsvall, pełen obaw, czy wystarczy mu paliwa, by tam dopłynąć. Pogoda była dość podła i minął po drodze tylko jeden rybacki kuter, duży i rzęsiście oświetlony. Odpowiedział na rzucone mu z mostka pozdrowienie, po czym popłynął dalej, nasłuchując pokasływania leciwego już diesla. Starannie wybrał miejsce i postawił sieci. Po godzinie był już w opustoszałym porcie, w którym cumowało tylko kilka niewielkich jednostek. Siąpił deszcz, czyniąc wrażenie chłodu jeszcze bardziej dojmującym. Sven zatankował dwie beczki ropy, po czym umocował cumy w pobliżu miejscowej gospody. Poczuł nagły przypływ zmęczenia. Pracę, którą wykonywał, trudno było nazwać nadludzką, wiedział jednak, że kutrami, mniejszymi od tego, w morze wypływało zazwyczaj dwóch rybaków. Najczęściej był to ojciec wraz z synem, albo dwóch braci, czy sąsiadów. Decydowały o tym względy bezpieczeństwa (czasem Sven zastanawiał się, czy przypadkiem nie łamie jakichś nowych przepisów w tym względzie), przy okazji jednak praca, jaką miał do wykonania, dzielona była tam pomiędzy dwóch mężczyzn, którzy nie zasypiali później ze zmęczenia przy pierwszym już kuflu. Zastanawiał się właśnie nad tym, czy wybrał właściwe miejsce na zarzucenie sieci. Dwanaście metrów głębokości i płaskie, piaszczyste dno. Jeśli miał trochę szczęścia, podejmie rano dużą partię dorsza i będzie mógł wracać do domu, by ogrzać się przy kominku. Dorsz obłożony był wprawdzie limitami połowu, on jednak swojego dotąd nie wyczerpał i cieszyła go ta ryba w sieci. Lubił ją też oglądać na rozgrzanej patelni, skąpaną w świeżym maśle. Wchodząc do gospody mimowolnie wciągnął w nozdrza zapachy dobiegające z kuchni. Skrzywił się z niesmakiem. Za smażenie ryby na maśle kucharzowi groziło tu chyba łamanie kołem i zrywanie paznokci. Przez kuchenne okienko dochodził smród przegrzanego oleju, wypełniającego frytkownicę, którego nie zmieniano pewnie od miesiąca. Sven zamówił duże piwo, kierując wymowny gest w stronę karczmarza, po czym rozejrzał się za spokojnym miejscem, w którym spędzi kilka godzin. Piwo okazało się zimne i orzeźwiające. Rozkoszował się nim chwilę, po czym zmrużył oczy, opierając głowę o słup podtrzymujący krokwie. Zasnął.
Śnił o wielkiej ławicy dorodnych dorszy, napływających od północy prosto
w zastawioną przez niego pułapkę. Choć nigdy tego nie robił, we śnie zanurzył się w morzu
i uczepiony stępki obserwował, jak żywe srebro wlewa się w jego wontony. Było go całe mnóstwo! Nieprzerwany strumień napływał wciąż, wypełniając naprawiony zimą rękaw, nadając mu pulsujący kształt, jakby sieć nagle ożyła własnym życiem, przybierając obłą, mieniącą się barwami tęczy formę. Kuter zakołysał się i jęknął jak zraniony kaszalot, po czym zaczął nabierać wody, zanurzając się coraz głębiej. Sven rzucił się z nożem w zębach przed siebie, w nadziei, że zdąży odciąć liny wiążące łódź z wciąż pęczniejącym balastem. Walcząc z brakiem tlenu w płucach, pochwycił rękojeść noża, ten jednak wyśliznął się
i zanurkował gwałtownie, jak wystrzelony z kuszy, wielorybniczy harpun. W słonej, zimnej wodzie, zmąconej przez plankton, widać go było jeszcze tylko przez sekundę, albo dwie.
-Proszę pana! Wszystko w porządku?- głos dobiegał z powierzchni, Sven ledwie go więc słyszał. Chętnie oddałby teraz resztkę tlenu zalegającego w płucach, by zaświadczyć, że na połów udał się samotnie i nikt nie ma prawa wychylać się przez burtę, nawołując go. Kimkolwiek jednak był intruz, nic sobie z jego świadectwa nie robił.
-Czy coś panu dolega?! - wołał coraz natarczywiej. Na dodatek uderzył Svena w policzek, choć dzieliły ich całe metry słonej głębi.
-Niech się pan zbudzi!
Sven uniósł powieki, ukazując tęczówki oczu, niebieskie jak woda wypełniająca fiordy. Powrót do rzeczywistości zabrał mu tylko tyle czasu, ile grającym w kącie sali w kości trzeba go było, by potrząsnąć kubkiem. Po chwili wnikliwie, przytomnym już wzrokiem, przyglądał się mężczyźnie, który przerwał mu sen. Wyraźnie tu nie pasował, przynajmniej biorąc pod uwagę strój. Bardzo dobry gatunkowo, być może nawet uszyty na miarę, garnitur z nie znanej Svenowi tkaniny uzupełniał równie wykwintny kapelusz, na poręczy krzesła zaś spoczął w nieładzie płaszcz z wielbłądziej wełny, wytworny i chyba miły w dotyku. Przez moment walczył z sobą w każdym razie, by go nie dotknąć i nie sprawdzić, czy faktycznie miły. Otrząsnął się z resztek snu i zmarszczył groźnie brwi, wpatrując się w intruza. Od lat już zmagał się samotnie z morzem, wydzierając mu codziennie łyżkę strawy; był więc wciąż jeszcze młodym, barczystym mężczyzną, o szerokich ramionach i potężnych bicepsach, z którym nie należało zadzierać. Wiedzieli o tym wszyscy, którym nie dawał postawić sobie piwa. Ludzie, pośród których się obracał, dysponowali prostym i czytelnym kodeksem postępowania. Jeden z jego punktów mówił: "nigdy nie dosiadaj się do samotnego myśliwego, jeśli cię o to nie poprosił". Nieproszony gość najwyraźniej studiował dotąd inne księgi.
-W czym mogę być panu pomocny?- wycedził Sven, prawie nie rozchylając warg. Ktokolwiek, słysząc te słowa, dopatrywał się w nich świadectwa dobrego wychowania i ogłady, powinien czytać mniej tanich romansów dla dorastających pensjonarek.
Dobiegający czterdziestki wielbiciel doskonale skrojonych marynarek nie od razu odpowiedział. Lustrował przez chwilę zadymioną izbę, jakby chciał się upewnić, że pozostawił sobie drogę odwrotu. Ogrzewał dłonie glinianym kubkiem, z którego parowało grzane wino, snując korzenny, intensywny aromat. Wreszcie spojrzał Svenowi prosto w oczy. Jego własne dalekie były od błękitu. Stalowoszare, jak u wilka, nieprzeniknione, jak
u wieszczki. Sven nie był tchórzliwy, poczuł jednak, jak jego serce gwałtownie przyspiesza.
-Zainteresowała mnie pańska łódź- powiedział mężczyzna półgłosem, jakby zależało mu na dyskrecji. - Widziałem jak ją pan cumował.
Sven właśnie tego się spodziewał. Na dodatek chyba to sobie wywróżył. Jeszcze przed godziną snuł rozmyślania o przepisach, które pewnie łamał, wyprawiając się samotnie
w morze. Przyjdzie mu teraz podzielić się jutrzejszym zyskiem.
-Tylko czy wielbłąd okaże się wystarczająco głodny? - pomyślał.
Na wszelki wypadek postanowił sobie, że będzie nieco milszy.
-W starciu z urzędnikiem, ściskającym ci jaja, nie masz przecież lepszej opcji- snuł swoje rozważania, siląc się na uśmiech, który przy sporej dawce wyobraźni można było wziąć za przejaw uprzejmości.
-Pływam z ojcem zazwyczaj, wczoraj rano jednak złapał go atak podagry. Palec u jego prawej stopy spuchł tak, że nie mógł włożyć butów. A jeść coś trzeba... Mam nadzieję, że pan zrozumie. Nie mamy innego źródła utrzymania. Wyraz twarzy Bardzo Ważnego Inspektora ewoluował. Jej mimika ożywiła się wyraźnie, a w kącikach ust pojawiła się namiastka uśmiechu. Nie wróżył chyba jednak niczego dobrego.
-Pan Hedlund?- spytał wyraźnie i, tym razem, głośno.
-Tak.
-Sven Hedlund?
-W rzeczy samej.
-Syn świętej pamięci Ingvara Hedlunda?
-Skurwysyn! Jaja sobie ze mnie robi! Od samego początku wie więcej, niż po sobie zdradził!
Spisał numer boczny łodzi i zadzwonił, gdzie trzeba. A teraz znęca się nade mną, jak nad burą suką!- Sven nie miał najszczęśliwszej miny. Wyobraźnia podsuwała mu obraz trumny
z uchylonym wiekiem. Wystawała spod niego prawa stopa nieboszczka ojca, z potwornie opuchniętym dużym palcem, owiniętym w pożółkłe, zetlałe bandaże. Parsknął śmiechem. Nie umiał go powstrzymać. Po chwili rechotał, jak łaskotany pod pachą gęsim piórem.
-Dobrze. Ma mnie pan- zaczął, gdy już uporał się z wybuchem wesołości. Nieboszczyk ojciec wciąż kiwał na niego dużym palcem prawej stopy, Sven udawał jednak, że tego nie widzi.
-Nie mam z kim dzielić tej spróchniałej krypy. A gdyby mi przyszło dzielić się z kimś tym, co złowię, skończyłbym pod mostem, albo wyciągnął do was rękę po zasiłek.
Przybysz dopił wino, pozostawiając na dnie kubka goździki i wymoczony do cna plaster pomarańczy. Odstawił naczynie i sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza, przewieszonego przez poręcz krzesła. Po chwili położył przed Svenem wizytówkę.
-Nie zdążyłem się przedstawić, nie jestem jednak tym, za kogo mnie pan bierze.
Sven rzucił okiem na mały, biały kartonik. Widniał na nim napis, który gmatwał całą sytuację jeszcze bardziej:
"Stig Sandberg. Kancelaria Notarialna Engström i Partnerzy"
Opróżnił kufel z ciepłego już piwa i poprosił o następne, po czym zwrócił się do swego rozmówcy bardziej stanowczo, niż dotąd.
-Czym właściwie mogę panu służyć?!
-Szukałem pana od miesiąca, gdyż na mocy pełnionej przeze mnie funkcji jestem wykonawcą ostatniej woli pańskiego wuja, Rolfa Hedlunda.
-Mojego wuja?- Sven przypomniał sobie o liście, który wciąż tkwił w wewnętrznej kieszeni sztormowej kurtki, zaplamionej niemiłosiernie rybim śluzem.
-Nie inaczej. Otóż, zanim odszedł z tego świata, mój klient ustanowił pana swoim spadkobiercą. Jedynym spadkobiercą, panie Hedlund.

*****
W rybackiej wiosce nie mówiło się o niczym innym od przeszło tygodnia. Stugębna plotka niosła ciągle nowe wieści, w tylu różnych odmianach na dodatek, że już nikt nie miał pojęcia, która z nich najbliższa jest prawdzie. Na wszelki więc wypadek powtarzano bezkrytycznie każdą z wersji, by nie pominąć właściwej. Osobą niezmiernie popularną był stary, ślepy Eskimos, proszący o jałmużnę na schodach kaplicy. Nie ruszał się stąd latami, musiał więc siłą rzeczy wiedzieć najwięcej, choć sam gwałtownie temu przeczył. Zbyt nachalnych, spragnionych potwierdzenia swych teorii, przeganiał zresztą sękatym kijem, służącym mu za laskę. Niezdrowe zainteresowanie osobą żyjącego po drugiej stronie kanału odludka, nie uszło też uwadze wielebnego Magnusa. Po niedzielnym nabożeństwie, przestrzegał za Świętym Pawłem przed korzeniami wszelkiego zła, którymi zawsze okazuje się chciwość. Nie ostudziło to gorączki domysłów; chciałbym być złym prorokiem, mam jednak wrażenie, że podsyciło ją nawet. Pieniądze, zwłaszcza te cudze, od niepamiętnych czasów stanowiły ulubiony temat, który roztrząsano nie tylko po wieczornych nabożeństwach. Sven, chyba jeszcze o tym nie mając pojęcia, awansował do roli lokalnej osobistości, z którą każdy musi się liczyć. Do znajomości z nim zaś przyznawał się tu teraz każdy, choć niewielu z nich wiedziało, jak ich bohater wygląda i czym się do tej pory trudnił. Chłopak, który sprzedawał złowione przez Svena na haki węgorze i dostarczał mu za nie tytoń, plasował się w rankingu popularności zaraz za przyodzianym w pokutnicze szaty Eskimosem, opowiadając zresztą niestworzone historie o opróżnionych wspólnie beczułkach rumu i braterstwie krwi, jakie miało go łączyć ze Svenem Hedlundem. Zaniedbane domostwo, z którego komina od tylu już dni nie wędrowała w niebo smuga dymu i zacumowany przy nabrzeżu kuter, podsycały plotki, główny ich bohater najwyraźniej zapadł się zaś pod ziemię, nie mając ochoty brać czynnego udziału w całym tym przedstawieniu. Nikt nie dysponował więc wiedzą z pierwszej ręki na temat tego, co go spotkało, zdolną potwierdzić krążące po okolicy wieści, albo zadać im kłam. I tylko stary Eskimos, jedynie diabli zresztą znali jego imię, najwyraźniej coś wiedział. Milczał jak dotąd, w milczeniu tym było jednak teraz coś zawiesistego, jak w przydennych osadach. Jego pokryte bielmem oczy miały tajemniczy wyraz, jeśli to w ogóle możliwe, a pełna wyczekiwania poza zwiastowała nadejście wielu wydarzeń, które on zdawał się już przeczuwać.
*****
Sven po raz pierwszy wybierał się do stolicy. Nie był to żaden wstyd, jeśli zważyć, że jeszcze przed tygodniem wyprawa do najbliższego miasteczka zdawała mu się przedsięwzięciem tyle samo czasochłonnym, co bezcelowym. Od dawien dawna wiódł pustelniczy żywot i przywykł do niego, najbardziej chwaląc sobie przewidywalność, zaraz potem zaś poczucie niezależności. Miał przecież to, za czym wielu mogło jedynie zatęsknić; nieskrępowaną przestrzeń, widok z okna zapierający dech w piersiach i świadomość samowystarczalności, której nikt nie był w stanie w nim zaburzyć. Rzecz jasna zdawał sobie sprawę z faktu, że inni ludzie żyją inaczej, podejmując co rano walkę o wytyczoną sobie zdobycz, ścierając się we wzajemnych utarczkach i zakładając wymyślne pułapki, by usidlić konkurencję, gdy jednak rozważał to na trzeźwo, dochodził do przekonania, że wcale im tego nie zazdrości. Ci, którzy zabrnęli wysoko, częstokroć spadali nagle, łamiąc kości. Jego egzystencja opierała się na drobnych, codziennych zabiegach, podejmowanych po to, by przetrwać do następnego dnia; politykę drobnych kroków okupował jednak proporcjonalnie niewielkim ryzykiem. Nie miał wrogów, co pozwalało mu zaakceptować fakt, że nie miał też przyjaciół. Niczego nikomu nie zawdzięczał, nikt nie mógł więc zaskoczyć go nagłym oczekiwaniem odpłaty. W jego życiu nie było też kobiet, jeśli nie liczyć kilku młodzieńczych zauroczeń. Z tego, co słyszał, kobiety na ogół nie poruszały się samotnie; w parze z każdą podążał jakiś potencjalny kłopot. Żyjąc bez nich, wystrzegał się więc problemów, z którymi zmagać się pozwalał innym. Rozmyślał teraz o tym wszystkim, rejestrując przebytą drogę zza ciemnej szyby klimatyzowanego Volvo. Limuzyna miała szofera, który, nawet jeśli był z natury człowiekiem rozmownym, nie mógł mu tego zademonstrować. Dzieliła ich gruba warstwa szkła, czy poliwęglanów. Kupiony Svenowi przez Stiga garnitur leżał na nim, jak koszula mitycznej Dejaniry, utkana
z żywego ognia. Krawat pod szyją, którego sam nie zawiązałby za wszystkie skarby Wikingów, ograniczał ruchy głową i przynosił uczucie skrępowania. Na dodatek ubranie budziło w Svenie nieodparte skojarzenia z sadystycznym wychowawcą, który miał nad nim pieczę przez trzy ostatnie lata pobytu w sierocińcu. Skurwiel nosił się elegancko i z przesadną dbałością o detal. Często przerywał w pół zdania wygłaszaną przy tablicy kwestię, by poślinić róg wydobytej z kieszeni chusteczki i zetrzeć nim jakąś drobną, tylko jemu wiadomą skazę z nienagannie wyglancowanych półbutów, lub też, by strzepnąć z rękawa gabardynowej marynarki niewidzialny paproch. W wolnych chwilach oddawał się też swoim pasjom: podszczypywał co bardziej rosłe wychowanki, a krnąbrnych chłopców uderzał po palcach dłoni długą, drewnianą linijką, pytając, czy bolało. Powtarzał to tak długo, aż uznał, że odpowiedź była szczera. Droga dłużyła się bardzo i tylko klasyczna muzyka, dobiegająca z kilkunastu naraz głośników samochodowego audio, czyniła ją czymś do zniesienia. Muzyka... Praktycznie żył dotąd bez potrzeby obcowania z nią. Co jeszcze czeka na niego tam, za przyciemnianym szkłem? Nie wiedział. Nie miał nawet pojęcia, dokąd wiezie go starszy mężczyzna w liberii, o ostrych rysach twarzy i urodzie południowca. Zdumiony biegiem wydarzeń, poddał im się prawie bezkrytycznie i bezwolnie. Zaczynało to do niego docierać, budząc uśpioną ostrożność. Poluźnił krawat. Jechał na spotkanie nieznanego, a na dobrą sprawę nie zadał ani jednego pytania, z których każde byłoby usprawiedliwione w jego położeniu! Wuj. Kim był? Czym się trudnił? Dlaczego zadał sobie aż tyle fatygi, by go odnaleźć? To ostatnie wydawało się najbardziej oczywiste. Ludzie stojący nad grobem często zachowywali się nieodpowiedzialnie, owładnięci jakąś ideą, co do której realizacji mieli wątpliwość, czy wystarczy im czasu. Co to jednak zmieni? Dlaczego pozwolił wtłoczyć się w ten cholerny garnitur, zamiast pilnować własnych spraw? Jego kuter... Wciągnięta na piasek łódź rozsychała się właśnie, jak stare skrzypce. Przedmieścia Sztokholmu rozświetliły wnętrze wozu dziesiątkami kolorowych neonów, zwiastujących mu wkroczenie w bramy świata, do którego przecież nie należał. Czuł, że przynależności do niego nie zapewni mu najlepiej nawet uszyte ubranie, starannie wypielęgnowane paznokcie, ani nawet ta cholerna limuzyna
z wypożyczalni, na którą jakiś księgowy nie poskąpił trzech tysięcy koron za godzinę.

*****
Podjazd przed hotelem Sheraton był o tej porze pusty, mimo tego tonął w rzęsistym blasku parkingowych lamp. Tylko kilkanaście pokoi miało swoich gości, a w hotelowej restauracji nienagannie wyfraczeni kelnerzy szukali sobie alibi, polerując platerowane sztućce. Jakaś kobieta grzała stołek przy barze, sącząc Martini on the rocks i najwyraźniej wypatrując kogoś, kto za nie zapłaci. Sven szukał daremnie klamki na wewnętrznej płaszczyźnie drzwi, pokrytych kanadyjskim orzechem i marszczoną skórą. Drzwi otworzyły się po chwili
z pomocą jednego z hotelowych portierów. Towarzyszył mu usłużny uśmiech i pełne dyskrecji zainteresowanie.
-Pan Sven Hedlund? - spytał portier o pół tonu głośniej, niż było to niezbędne.
-Tak. To ja - zdał sobie sprawę z tego, że wysiada przed hotelem, nie mając nawet jednej walizki. Poczuł się jak ktoś niekompletnie ubrany, zjawiający się na eleganckim przyjęciu w godzinę po uroczystym toaście za zdrowie gospodarzy.
-Pan pozwoli zatem. Wszyscy już czekają.
-Pięknie! Spóźniłem się więc naprawdę. Wszyscy? Niby ilu ich tam matka miała? - Sven tracił właśnie resztki równowagi. -Wygląda na to, że ktoś przywiązuje do mojej skromnej osoby nadmierną wagę- myślał. -Hotelowa recepcja oszałamia przepychem, portier uprzejmością, a gdzieś tam, czekają na mnie "wszyscy", na dodatek już od jakiegoś czasu. No i ta limuzyna...
Przebrnęli przez wytworny hall, omijając recepcję i sporą ekspozycję afrykańskiej rzeźby.
Drzwi jednej z wind rozsunęły się przed nimi bezszelestnie. Po wejściu do niej, Sven zorientował się, że ma postać całkowicie przeszklonej gondoli, poruszającej się po zewnętrznej ścianie hotelu. Widać z niej było centrum stolicy, nurzające się w blasku świetlnych reklam. Widok zachwycał tym dogłębniej, im wyżej winda wspinała się w swojej bezgłośnej wędrówce, pełznąc po hotelowej fasadzie niczym gigantyczny winniczek.
Wysoko, chyba u możliwego kresu, szklana kapsuła zatrzymała się łagodnie, a drzwi rozsunęły się z wdziękiem. Ku zdumieniu Svena, nie czekał go za nimi hotelowy korytarz, upstrzony drzwiami do pokojów i apartamentów. Najwyższe piętro budynku miało chyba odrębny status, a może i właściciela. I jeśli to, co widział na parterze, było dziełem najwybitniejszych kopistów, Sven mógł teraz cieszyć oczy oryginałem. Najbliższe sąsiedztwo windy przypominało swym wystrojem jeden z tych elitarnych klubów, o których kiedyś czytał. Wstęp do nich mieli jedynie nieliczni wybrańcy, a gruby portfel bynajmniej go nie gwarantował. Dywan wyściełający posadzkę miał tak długi i gęsty włos, że upuszczając spinkę od krawata, zyskiwało się perspektywę całodziennych poszukiwań. Wytworne meble poustawiano pod ścianami tak, by wnętrze nie straciło swojej przestronności; Sven nie znał się na meblach, gotów był jednak oddać wiele za swoje podejrzenie, że nie naśladowały wszystkie określonej epoki swym wzornictwem; one pochodziły z niej, co do jednego egzemplarza. Malarstwo, którego nie rozumiał, zdobiło ściany hallu; pod każdą z akwarel i grafik umieszczono mosiężną tabliczkę z nazwiskiem autora, tytułem i datą powstania.
-A oto i nasz szanowny gość! - od kilkunastoosobowej grupki ludzi, stłoczonych wokół bufetu z drobnymi przekąskami, oderwał się mężczyzna mniej więcej pięćdziesięcioletni i ruszył w jego stronę, rozpościerając szeroko ramiona, jakby płynął delfinem.
-Państwo pozwolą! Pan Sven Olov Hedlund!
Rozległy się brawa, tak gromkie, jakby do oklasków zaprzęgnięto dodatkowo pluton żołnierzy, ukrytych za doniczkową roślinnością.
-Olov?! To moje drugie imię?!- pomyślał zdumiony. Nie wiedział o tym do tej chwili.
Inicjator powitania dopłynął do niego wreszcie i ujął go w ramiona, mocno potrząsając.
-Tak się cieszę! Naprawdę, niezmiernie się cieszę!
Jego radość nie udzielała się Svenowi. Tymczasem jego nowy przyjaciel wprost promieniał
z zachwytu. Gdyby entuzjazm ważył mniej od powietrza, uniósłby go pewnie nad posadzką, wraz z kieliszkiem campari.
-Pozwoli pan, że się przedstawię. Lars Engström, do pańskich usług.
-Notariusz?
-Tak, jak pan raczył zapamiętać z wizytówki. A przy okazji przyjaciel serdeczny pańskiego, nie żyjącego już, wujka. I, może mi pan wierzyć na słowo, osoba przez
to szczerze panu oddana. A zdaje się, będzie pan takiej potrzebował i to jak najprędzej.
Sven przełknął ślinę. Obiecał sobie przełykać ją, ilekroć będzie miał ochotę powiedzieć coś, czego już wkrótce mógłby żałować, lub się wstydzić. Niejasne przeczucie podpowiadało mu właśnie, że tego wieczoru przełknie jeszcze galon własnej śliny. Lars, który tymczasem wreszcie przestał nim potrząsać, nie zauważył jego zawahania i kontynuował przedziwne zabiegi, których się podjął na wstępie. Polegały one na takim obejmowaniu go ramieniem, popychaniu łokciem, poszturchiwaniu, mającym uchodzić za przypadkowe i nacieraniu na niego barkiem, by spowodować wypchnięcie go na zewnętrzną orbitę, jak najdalszą od pozostałych zgromadzonych. Przez cały czas nie zamykał zresztą ust, dołączając werbalną perswazję do arsenału fizycznych nacisków. Zanim Sven połapał się w tym i delikatnie zaoponował, znajdowali się już przy południowym oknie, obejmującym z trudem panoramę miasta. Widok zapierał dech w piersiach. Staromiejska zabudowa podkreślała prestiż hotelowej lokalizacji; zabytkowe kamienice, umiejętnie podświetlone, budzić mogły szczery zachwyt.
-Zanim cię z nimi zostawię- notariusz wskazał wymownie palcem resztę zebranych - chciałem cię uprzedzić, byś ważył słowa. Zwłaszcza teraz, gdy jeszcze nie wiesz, z kim przyszło ci rozmawiać.
Sven skinął głową. W jego przekonaniu Lars, odkąd uprowadził go siłą prosto z windy, najmniej ze wszystkich tu obecnych zasługiwał na zaufanie i otwartość. Najwyraźniej notariusz miał jakiś własny, ukryty interes w tym, by dalsza część wieczoru upłynęła po jego myśli. Przytaknął mu raz jeszcze, zdecydowany zrobić wiele, by wydobyć z niego jak najwięcej.
-Jasne. Dzięki za radę. Możesz mnie wtajemniczyć w to, co się tu odbywa? Mam wrażenie, że pomyliłem przyjęcia...
-Żartujesz chyba? Co cię tu dziwi?
-To miejsce. Ten przepych. Nawet jedzenie w bufecie.
-Spodziewałeś się krakersów i chipsów?
-Spodziewałem się, że ktoś wreszcie powie mi, po co tu przyjechałem- Sven poluźnił ponownie krawat, tak naprawdę jednak pozbyłby się go najchętniej. Czuł się jak pies, któremu zapomniano zdjąć obrożę po powrocie ze spaceru.
-Nie rozumiem... Czy mój pracownik nie wtajemniczył ciebie w szczegóły?
-Tajemniczy to on był, i owszem. Wspomniał jedynie o spadku, zapisanym mi przez wuja. Nie wiem nic ponad to, nie wydaje mi się jednak, by skórka była warta tej wyprawki. Jeśli należy się tobie coś za poświęcony mi czas, otrzymasz to, nawet jeśli wyłączysz te paskudne kandelabry. Notariusz wyglądał jakby odebrano mu piłkę na samym środku pola. Zdjął okulary i zaczął je nerwowo czyścić kawałkiem wydobytej z kieszeni irchy. Czynił to najwyraźniej po to jedynie, by zatuszować zakłopotanie, czy bezradność.
-Widzisz- spojrzał pod światło lamp przez nieskazitelnie czyste soczewki- wszystko to jest zaskoczeniem dla wielu z nas. Jeszcze pół roku temu wuj twój uchodził za pozbawionego jakichkolwiek krewnych. Nigdy o tobie nie wspominał.
Towarzystwo przy bufecie najwyraźniej zaczynało się niecierpliwić. Wszyscy posyłali w ich stronę spojrzenia, z których wyczytać można było poirytowanie. Nawet prześliczna blondynka spoglądała na Svena przeciągle, mrużąc oczy. Do tej pory brał ją za kogoś
z hotelowej obsługi, teraz jednak dostrzegał, że zebrani zwracają się do niej z wyjątkową atencją. Sven skupił na niej swoją uwagę chyba na zbyt długo. Podziwiał grację, z jaką unosiła do ust cocktailowy kieliszek. Zauważyła to niestety i posłała mu uśmiech z gatunku tych, które nie pozwalają mężczyznom racjonalnie myśleć.
-To Kerstin Eklund- notariusz nie był ślepcem.
-Pełni funkcję głównej księgowej.
-Intrygujące. Wysłany przez ciebie łowca głów wspominał o spadku. Możesz powiedzieć mi, co odziedziczyłem?- Sven zadał wreszcie pytanie, od którego miał chyba zacząć tę rozmowę. Twarz Larsa stężała. Mówił z wyraźnym trudem.
-Sven, jesteś dziedzicem jednej z większych fortun w tym mieście. Firma, którą pozostawił tobie Rolf Hedlund, to między innymi stocznia, sześć platform wydobywczych ropy naftowej z rządowym kontraktem na następnych piętnaście lat i duże przedsiębiorstwo połowowe. Są też nieruchomości i papiery wartościowe.
Sven w ostatnim momencie przytrzymał za łokieć młodzieńca z tacą pełną drinków. Wybrał szklankę z podwójną szkocką i opróżnił ją jednym haustem, po czym ujmując drugą, pełną, odprawił kelnera. Oddychał głęboko, starając się opanować własne tętno.
-Masz dziewięćdziesięcioprocentowy pakiet akcji. Dziesięć procent dzielą pomiędzy siebie ci tam, do których musisz wreszcie podejść. Raz jeszcze proszę cię, byś wypowiadał się rozważnie i z umiarem, dopóki nie wiesz jeszcze, kto jest kim- dokończył Lars. Ruszyli w stronę zebranych przy bankietowym stole. Sven czuł się tak, jakby musiał uczyć się od nowa stawiać kroki.
-Szanowni państwo! Wybaczcie mi, że porwałem naszego gościa i nie od razu mogliście go powitać. Wykorzystałem tę chwilę, by go przed wami ostrzec- Lars, tak jak tego oczekiwał, doczekał się skromnych oklasków.
-Nowy prezes naszej firmy chciałby teraz poznać wszystkie wilki w swej owczarni.
Zostawiam wam go na pożarcie- dokończył notariusz.
Sven zastanawiał się właśnie, czy świadczył spółce usługi jako podmiot zewnętrzny, czy też może i on posiadł w niej jakieś udziały. Nie mniej jednak był mu niezmiernie wdzięczny za sposób, w jaki został przedstawiony wszystkim zebranym. We właściwym sobie, rubasznym stylu, Lars przełamał za niego pierwsze lody, dodając mu przy okazji nieco animuszu. Pierwsze oszołomienie już minęło, Sven wciąż jednak miał wrażenie, że jego kuter trafił w samo serce sztormu z zalaną słoną wodą maszynownią. Nie mając innej drogi, wmieszał się między oczekujących go, ściskając im dłonie i wymieniając grzecznościowe zwroty. Żałował, że wypił w krótkim czasie tyle alkoholu, na dodatek na pusty żołądek. Miał wrażenie, że wszystko wokół niego dzieje się za szklaną taflą.

********
W tym samym czasie do hotelowego baru winda zwiozła z dziesiątego piętra dwóch mężczyzn. Wymknęli się z odbywającego się tam przyjęcia, najwyraźniej mając potrzebę porozmawiania w cztery oczy. Nie zamówili alkoholu. W narożniku sali, w miejscu najbardziej odległym od stolików zajętych przez gości, pojawiły się przed nimi dwie szklaneczki soku wyciśniętego z pomarańczy. Topniały w nim kostki lodu, grzechocząc przy najmniejszym poruszeniu.
-Co o nim sądzisz?- spytał jeden z nich.
-To jakiś palant. Podobno znaleźli go w tawernie, śpiącego nad szklanką piwa- odparł drugi. Przez chwilę w zamyśleniu sączył sok przez słomkę. Zatykał ją owocowy miąższ, odłożył ją więc na bok i pił ze szklanki, błądząc gdzieś wzrokiem.
-Nie powinno to być więc zbyt trudne.
-Odsunięcie go od zarządzania spółką? Pewnie nic bardziej go nie ucieszy. Koleś nie jest w stanie jej ogarnąć.
-Zaproponujesz mu prokurenta?
-Zaczekam najpierw kilka tygodni. Może kwartał. Sam z tym do nas przyjdzie. W jego położeniu zadowoli go to, co wpadło mu do miski. Nie będzie pchał się do sprawowania władzy nad czymś, czego nie rozumie.
-Masz już kogoś zaufanego?
-W charakterze prokurenta? Nie żartuj! Mogło paść tylko na ciebie. Sądzę jednak, że to musi być jego wybór, na dodatek facetowi musi się zdawać, że dokonuje go świadomie.
-Co to oznacza?
-Musi cię polubić. Dzisiaj dobrze to wszystko rozegrałeś. Masz dobrą pozycję do wykonania następnych ruchów. Wydaje się mocno oszołomiony; będzie ci niezmiernie wdzięczny, jeśli go trochę poprowadzisz. Oczywiście musisz zrobić to w sposób, który nie pozostawi mu żadnych wątpliwości co do tego, że poprzeczka jest za wysoko.
-Na jego możliwości?
-A są większe, niż podejrzewam?
-Nie żartuj. Chyba że pytasz o umiejętność patroszenia ryb z zamkniętymi oczami.
-Osobiście nie widzę powodów do paniki. Popracuj tylko nad nim trochę.
-A plan B? Przewidziałeś jakiś?
-Zawsze jest jakiś plan B- mówiący te słowa odstawił szklankę z sokiem i bez pożegnania wyszedł, zostawiając barmanowi wymięty banknot. Po chwili bar opuścił też drugi z mężczyzn, kierując się do windy, którą zjechał tutaj przed zaledwie kwadransem.

*****
Było już po północy, gdy do kamiennego falochronu dopłynęła nieoświetlona motorówka. Sternik, operując przepustnicą, włożył maksimum wysiłku w to, by nikt nie usłyszał odgłosów wydawanych przez olbrzymi, dwustukonny silnik. Po chwili zeskoczył z dziobu łodzi i przymocował cumy. Ubrany na czarno ginął w mroku bezksiężycowej nocy; tylko białka jego oczu odznaczały się w ciemnościach. Mężczyzna miał na twarzy kominiarkę,
w ręku zaś niósł jakiś przedmiot, prostokątny w kształcie, mogący kojarzyć się z walizką. Szybko przebył przestrzeń dzielącą łódź od drewnianej, zaniedbanej chaty. Chwilę trudził się ze skoblem, wyposażonym w tęgą kłódkę, po czym uchylił drzwi i zniknął wewnątrz.
Przez jakiś czas dobiegały stamtąd stłumione hałasy, a przez przybrudzone szyby w oknie widać było błyski latarki. Po mniej więcej kwadransie włamywacz wybiegł z chaty
i skierował się do łodzi, niosąc, oprócz domniemanej walizki, solidnie wypchany, marynarski worek. Motorówka odpłynęła prawie bezgłośnie, na brzegu zaś pozostała sylwetka chaty, stającej właśnie w ogniu. Blask potężniejących płomieni oświetlał żółtą skorupę wciągniętego opodal na piasek, rybackiego kutra. Smród płonącej benzyny niósł się daleko, aż na drugą stronę wąskiego kanału, gdzie kaleczyła niebo drewniana dzwonnica.

*****
Sven nie był w stanie zasnąć. Przestronna łazienka hotelowego apartamentu wyposażona była w wannę z hydromasażem, nie umiał go jednak uruchomić( gdyby nie pomoc hotelowej obsługi, nie umiałby również sforsować drzwi do pokoju, nie wyważając ich wraz
z masywną futryną), wziął więc orzeźwiający, zimny prysznic. Siedział teraz w fotelu przy panoramicznym oknie, przyodziany w miękki, kąpielowy płaszcz i układał myśli. A było ich całe mnóstwo. Bieg zdarzeń nie pozostawiał mu aż do tej chwili czasu na podobny remanent. Następowały po sobie zbyt szybko, rujnując jego dotychczasowy świat z impetem tropikalnego huraganu. Wstał i podszedł do lodówki. Wrócił po chwili na fotel ze szklanką zimnego Bittburgera, nurzając usta w piwnej pianie.
-Jak sobie z tym poradzę?- zastanawiał się.
-Na najbliższym posiedzeniu zarządu ktoś może spytać, czy posmołowałem już kadłub swojej łodzi. Niezła będzie uciecha! - snuł swoje niewesołe rozmyślania, wdzięczny, że Bóg, tworząc świat, w swej nieskończonej dobroci nie zapomniał o chmielu. Piwo koiło zmysły i sprawiało, że czuł gwałtowny przypływ sił do zmagań, które czekały go już od samego świtu.

*****
W piątek poprosił do swego gabinetu najbardziej chyba zmysłową księgową, jaką nosiła Matka Ziemia. Gdy weszła, musiał pogratulować wujowi nieboszczykowi nie tylko dobrego smaku. Jeśli w parze z urodą szła tutaj znajomość rachunków, był to naprawdę wyjątkowy duet, gratulacje należały się jednak zmarłemu również i za sposób, w jaki przemyślnie zaprojektował pomieszczenie swego biura. Było w swoim obrysie prostokątem o powierzchni ponad stu metrów kwadratowych. Na jednym z krótszych boków osadzono drzwi wejściowe, o dwóch wysokich skrzydłach; masywne odrzwia poruszały się bezszelestnie na specjalnych zawiasach, wyposażone w znakomicie ukryty mechanizm przeciwwagi, sprawiający, że uchyliłoby je pięcioletnie dziecko. Biurko prezesa, olbrzymie jak drzemiący w suchym doku zbiornikowiec, zdobione szlachetnymi intarsjami, znajdowało się na przeciwległej ścianie, którą stanowiła ogromna, szklana połać. Wchodzący do gabinetu interesant, czy podwładny, miał więc do pokonania spory dystans, przede wszystkim zaś, stojąc w drzwiach, zyskiwał natychmiastowy szacunek dla umieszczonego pod oknem majestatu. Koronkowa robota! Kerstin weszła, zamknęła za sobą drzwi i postąpiła kilka kroków, grzęznąc w kardynalskiej purpurze gęstego dywanu. Stała tam teraz, jak modelka na wybiegu, Sven zaś dziękował stwórcy, że nie urodził się ślepcem.
-Chciał mnie pan widzieć- powiedziała. Z tego dystansu ledwie ją słyszał.
-Chciałem z panią rozmawiać- odparł- choć widzieć panią to też duże przeżycie.
Spłonęła panieńskim rumieńcem. Nie podejrzewał jej dotąd o to, by była do tego zdolna.
-Proszę usiąść i rozłożyć przede mną karty do Tarota. Wróży pani też z dłoni?
-Nie, ale umiem przewidzieć, ile zarobi pan w tym miesiącu- odparła przytomnie.
Podeszła bliżej i usiadła na wyściełanym krześle, stawiając koło niego skórzany neseser i torbę z notebookiem. Sven poczuł się zmieszany. Zdążył się już zapisać na przyspieszony kurs posługiwania się komputerem, miał za sobą jednak ledwie dwie godziny zajęć. Myślał o tym w kategoriach ułomności, z którą przyjdzie mu walczyć. Jednej z wielu. Musiał też koniecznie poznać nazwę obłędnych perfum, których zapach owionął go, gdy pochyliła się nad jego biurkiem. Mimo woli spojrzał na swoje spracowane dłonie i odruchowo ukrył je pod dębowym blatem.
-Zanim przejdziemy do rzeczy, chciałabym to panu przekazać- odezwała się Kersten, kładąc na biurku torbę z logo Samsung.
-To osobisty komputer papy. Uznałam za właściwe zabezpieczyć go po jego śmierci, by nikt niepowołany nie miał do niego dostępu. Może zawierać poufne dane osobiste. Ponad wszelką zaś wątpliwość zawiera wszystkie dane pańskiej firmy, według stanu sprzed dwóch tygodni. Pański wuj był pedantem w tej kwestii. Aktualizował je codziennie.
-Papa... Tak go nazywaliście?
-A tak go przed chwilą nazwałam?- rumieniec na jej twarzy pojawił się po raz drugi w ciągu pięciu minut. Po świecie przechadzały się miliony kobiet, które, by go wywołać, musiały szczypać się w policzki.
-Był taki... dobroduszny...
-Z jaką ksywą ja mam się oswajać?- spytał, by podtrzymać ton rozmowy. Zaczynał mu się podobać i dojrzewało w nim przekonanie, że rozmawiając z nią w ten sposób, więcej z niej wyciągnie.
-Hm... Słyszałam coś o rybaku...
Roześmiali się oboje. On z odrobiną zakłopotania. Ona? Chyba serdecznie.
Po dłuższej chwili Kerstin położyła na torbie z notebookiem wizytówkę.
-To kontakt z naszym informatykiem. Sprzęt jest profesjonalnie zabezpieczony.
Będzie pan potrzebował pomocy fachowca, by dostać się do zgromadzonych na nim danych.
-Pomyślała pani o każdym drobiazgu. Dziękuję. A teraz proszę opowiedzieć mi pokrótce o tym wszystkim, co spadło mi na głowę.
-Chce pan znać opinię księgowej?
-Jeśli to możliwe, każdą opinię, na której wygłoszenie panią stać.
Rozległo się pukanie do drzwi. Hotelowy boy pojawił się w progu, pchając przed sobą wózek kelnerski z napojami i szkłem. Po chwili zniknął dyskretnie. Sven zerwał się z fotela, chyba trochę zbyt ochoczo.
-Czego się pani napije?
-Woda. Bez gazu, z cytryną- odparła. Przypatrywała mu się, gdy napełniał szklanki. Po chwili przeniosła wzrok na rozpościerający się za oknem stołeczny pejzaż.
-Firma kończy w tym roku trzydzieści lat. Na giełdzie notowana od dwunastu. Ponad siedmiuset zatrudnionych na umowę o pracę. Średni przyrost obrotów na poziomie piętnastu procent rocznie. Bardzo dobry rating, wieloletnie kontrakty na wydobycie ropy naftowej, kilka umów na budowę trawlerów i szkunerów. Dwie na statki- przetwórnie. Własna flota kilkunastu jednostek, z tego trzy czwarte właśnie w morzu.
Za cholerę nie miał pojęcia, czym jest rating. Musiał to niezwłocznie sprawdzić.
-Pod względem finansowym więc? - spytał.
-Nigdy dotąd firma nie miała się lepiej, panie Hedlund.
-Jakie względy powinny budzić mój niepokój?- zwilżył usta wodą.
Aromat cytryny drażnił przyjemnie jego zmysł smaku. Węch, podrażniony już zapachem perfum, odkrywał w nich teraz cytrusową nutę.
-Konkurencja. Papa trzymał ją w ryzach, teraz go zabrakło. Obawiam się, że znów spróbuje nam szkodzić.
-Chodzi o umowy rządowe na wydobycie?
-Chodzi zwłaszcza o nie. Cena ropy pnie się ciągle w górę, a iracki bałagan nie wróży, by ta tendencja uległa wyhamowaniu. Konkurencyjny lobbing okazał się bezskuteczny i otrzymaliśmy koncesje, o które zabiegał pański wuj, musi pan jednak zdawać sobie sprawę z tego, że pewni ludzie nie cofną się przed niczym. Papa obawiał się nawet ataków z morza.
-Staruszek kochał amerykańskie kino?
Zapadła chwila ciszy. Poczuł się niewyraźnie, jakby miał świadomość, że przeszarżował.
-Ja nie żartowałam, panie Hedlund. Są w tej branży ludzie, dla których wysadzić pana w powietrze, to jak strzepnąć pyłek z rękawa- ciągnęła Kerstin. Poczuł się nieswojo.
Bójka w portowym barze, z której wyszedł obronną ręką, była do tej pory jedyną eskalacją przemocy, jaka go spotkała. Postanowił to przeanalizować. Już jutro.
Żegnając Kerstin, odprowadził ją do drzwi. Jeśli miał tutaj kogoś po swojej stronie, była nim ta właśnie zmysłowa blondynka o zniewalającym uśmiechu. Czuł, że jego siły urosły, jakby generalne dowództwo podesłało mu posiłki w postaci całej dywizji piechoty.
Wrócił do biurka i wyjął z torby notebooka. Następnie rzucił okiem na wizytówkę i wybrał podany na niej numer. Zastygł w bezruchu, czekając, aż po tamtej stronie odezwie się męski głos.
**********
Przyjęcie w Ratuszu. Kolejne przyjęcie. Jak prawie co wieczór. Nabierał i wprawy, i ogłady.
Zdawał sobie sprawę z faktu, że musiał brać w nich udział. Na dodatek miał w tym spore zaległości. Miejscowe towarzystwo przyjęło go w swoje szeregi bardzo chętnie, co zawdzięczać należało niewątpliwie giełdowym notowaniom akcji spółki HedOil. Po drobnej korekcie, spowodowanej zmianą składu zarządu, znów konsekwentnie pięły się w górę, napędzane zwyżką cen paliw płynnych. Pośród gości przy szatni oko Svena wychwyciło naczelnika miejscowego urzędu finansowego, z którym miał spotkanie w poniedziałek. Odpowiedział na jego ukłon i podążył dalej, zaczepiany co chwilę przez kogoś innego. To, co mu się przytrafiło, miało rangę zmiany tożsamości, choć nie zmienił nazwiska i twarzy. Szwedzki system podatkowy, jeden z najbardziej na świecie restrykcyjnych, sprawiał, że na początku musiał się podzielić. Mieszały mu się w głowie rzędy cyfr, wiedział już jednak, że będzie to spora kwota. Starał się panować nad tym, co przynosił każdy nowy dzień, a było tego mnóstwo. Umiejętność posłużenia się kartą płatniczą, czy telefonem komórkowym, dla nas będąca czymś oczywistym, dla niego była kolejnym wyzwaniem. Największym z wyzwań była jednak konieczność ucinania grzecznościowych pogawędek z ludźmi, których nie znał i wcale nie miałby ochoty poznawać, gdyby nie okazywało się to biznesową koniecznością. Zmroziła nieco go wiadomość o podpaleniu rybackiej chaty, z której nie zdążył jeszcze zabrać wszystkich rzeczy. Zakładał, że to tylko chuligański wybryk, miał jednak zamiar udać się tam pod koniec mijającego tygodnia, choćby po to, by uregulować stare długi. Każdą wolną chwilę spędzał nad rozkodowanym notebookiem, gdzie znajdował rzeczy coraz bardziej go zadziwiające. Nie chodziło bynajmniej o kolumny statystyk finansowych i wyliczenia, nudne, jak zapiekanka z ziemniaków i cebuli, zalanych tłustym mlekiem. Najbardziej zajmujące okazały się Listy Zza Grobu, jak je naprędce nazwał. Wiadomości, pozostawione mu przez wuja Rolfa, usystematyzowane i ponumerowane, każda zaś nosiła szczegółową instrukcję dotyczącą lektury. Wuj bawił się teraz pewnie świetnie jego kosztem, gdzieś po tamtej stronie, on zaś rozwiązywał cholerne rebusy, by uzyskać dostęp do kolejnej, zaszyfrowanej rewelacji. On zaś, mając świadomość tej intrygi, nie umiał oprzeć się uczuciu narastającej senności i daremnie z nią walczył. Po wychyleniu kolejnej szklanki zwiesił łeb nad niemiłosiernie wypolerowanym blatem i zasnął, wydając krótkie, gardłowe chrapnięcia.
Ratuszowy barman spoglądał na to najpierw z niepokojem, malującym się w chabrowych oczach, potem z nieskrywaną dumą.

**********
Głowa. Prawdopodobnie górna część zbolałego ciała, choć nikt nie był gotów tego gwarantować. Coś niedobrego działo się chyba z jego głową. Słyszał narastający poszum fal, choć nie była to pora przypływu. Słyszał też dobiegający z samych trzewi okrętowej maszynowni odgłos rozklekotanego diesla, choć nie obracała się śruba. Przełknął ślinę. Oczy. Raz jeszcze spróbował je otworzyć. Przez ledwie rozchylone przypływem męstwa powieki wdarło się światło dnia, raniąc go jeszcze dotkliwiej. Strach miał metaliczny posmak. W każdym razie czuł się, jakby klęczał w progu i lizał mosiężną klamkę. Ogarnął wzrokiem najbliższe otoczenie i doznał czegoś w rodzaju trudnej do opisania ulgi. Sceneria rybackiej chaty i widniejące za targanym przez wiatr oknem, suszące się na brzegu sieci były tym, czego potrzebował najbardziej. Chłonął ich mglisty powidok z wdzięcznością do Boga, w którego istnienie dopiero co zaczynał powątpiewać. Wstał ze swego barłogu i chwiejnym krokiem podążył ku drzwiom. Pchnięte naporem lewego ramienia poddały się z cichym jęknięciem. Brnął po kostki w piachu, starając się przypomnieć sobie finał poprzedniego dnia. Miał wrażenie, że za wieszakiem na sieci czekać wciąż powinna na niego siedmiometrowa limuzyna marki Lincoln, z szoferem w nienagannie odprasowanej liberii. Nie było jej tam jednak. Potknął się za to o jakiś obły, wystający z plażowego piasku przedmiot. Długo się po niego schylał, by wreszcie wydobyć go na światło dnia. Na nie wypłowiałej jeszcze na słońcu etykiecie pysznił się drukowany tłustą czcionką napis:
"SOPLICA STAROPOLSKA".
Na brzegu plaży majaczył kształt łodzi, posmołowanej w jednej trzeciej długości kadłuba.
Sven ukrył w dłoniach obolałe skronie i zadumał się nad mocą wódki pozostawionej przez polskich wędkarzy. Będzie opowiadał o niej swoim wnukom.
Piotr Knasiecki
Fordor

Post by Fordor »

"Odrobino nadziei"

Gdy wyciągnięta dłoń bratnia
Kamień kryje
Która umierasz ostatnia
Nadal żyjesz
Bądź mi ostoją w czas burzy
Bądź mi fiordem
Kiedy mnie dłoń co mi służy
Wali w mordę

Gdy w zimnej stajni się kurczy
Puzdro końskie
I kiedy w brzuchu tak burczy
Głód pieroński
Że owsa miarka kolejna
Kłuje w boku
A ta żarówka stajenna
Solą w oku

Choć szczur przemyka wzdłuż ściany
Budząc szelest
I choć koniuszy pijany
Co niedzielę
Gdy smar mi w kopyta wciera
Sierść natłuszcza
Która ostatnia umierasz
Nie opuszczaj

Piotr Knasiecki
Poznań 11.12.2010
Fordor

Post by Fordor »

„Widziane przez staromiejskiego gołębia”

Tam na Krakowskim widać z lotu barwny tłum
Z łopotem skrzydeł perspektywa się przybliża
I ukazuje się zebranych ponad stu
To nawiedzeni pilnujący swego krzyża

Milczą duchowni krzepnie władza słychać śpiew
Obsługa kamer ma roboty pełne ręce
Na czyimś łuku brwiowym widać świeżą krew
Wzniesiona dłoń z różańcem kwiaty znicze wieńce

Owieczkom pasterz jest potrzebny wiedzą lecz
Tu nie pokaże się hierarchów czarna tłuszcza
Wolą z dystansem obserwować całą rzecz
Zamiast kurtynę wstydu na tę scenę spuszczać

I nie pokazał się tu Miller ani Klich
Wczoraj pobito TVN-u kamerzystę
Nikt nie zna winnych bo i nikt nie szukał ich
Przecież jest wszystko oczywiście oczywiste

Babcia Joanna silne parcie ma na szkło
Więc tak jak co dzień zęby szczerzy do kamery:
„My krzyża bronić będziem! Nie oddamy go!
Tak! Nie oddamy krzyża do jasnej cholery!”

Pozostawili go harcerze - piękny gest
Lecz kto tym kręci czyja z tego jest zabawa
Że byle moher przejdzie tu medialny chrzest?
Czy nie jest to przypadkiem sprawka Jarosława?!

P.K.
Poznań 18.12.2010 (o cztery miesiące za późno ;-)
mg_gdynia
Członek Stowrzyszenia
Posts: 384
Joined: Tue Nov 16, 2010 3:20 pm

Post by mg_gdynia »

I proszę:

tradycja bolszewickich prop-agitek nie zaginęła!


"Zdolny" "poeta", "zdolny"...
jan
Administrator
Posts: 5500
Joined: Wed Feb 07, 2007 10:05 pm

Post by jan »

Maciej, o trzy cudzysłowy za wiele!

Napisz lepszy wiersz, może być ku czci Jarosława,
jeśli wolisz - o dzisiejszej ślizgawicy. Będziemy oceniać.
jan urbanik

Moje poglądy nie są jedynie słuszne, są za to moje jedyne.
Nie zależą one od koniunktury, a od stanu mojej świadomości.
Nie piszę wszystkiego, co wiem - piszę to, co uznaję za stosowne.
Post Reply

Who is online

Users browsing this forum: No registered users and 1 guest